LO-FANG – Blue Film (4AD)

Z formalnego punktu widzenia Lo-Fang to projekt, za którym skrywa się Matthew Hemerlein, skrzypek, wiolonczelista, basista, pianista, a ponoć także i gitarzysta. Cóż, brakuje jedynie perkusji. Pomijając sarkazm i programowe nie – lubienie przez niżej podpisanego tzw. multi-instrumentalistów, „Blue Film” to płyta zwarta i świetnie zagrana, mentalnie najbliższa czemuś co zwie się world music na trip – hopowych resorach.

Miło zobaczyć znowu logo 4AD. Kultowa w latach 80 – tych wytwórnia przez jakiś czas błąkała się po obrzeżach szołbiznesu i myślałem, że w końcu zdechnie, tymczasem Ivo Watts-Russel wziął głęboki oddech i wyraźnie zaczyna wysuwać się na prowadzenie w peletonie mniej lub bardziej alternatywnych stajni. Tylko pogratulować.

Kolejna gwiazdka tego labela proponuje coś w rodzaju pamiętnika z podróży; ponoć „Blue Film” to zapis wrażeń z wojaży po całym świecie – od kambodżańskiej dżungli po betonowy las Londynu. Nagrania miały miejsce w pokojach hotelowych, zaś szlif w Mieście Aniołów, w sławnym na cały świat Capitol Studios. Doprawdy, rozmach godny Metalliki, w dodatku bez udziału psychiatry. Matthew w bardzo udany sposób zmiksował żywe instrumenty, ciekawe, akustyczne brzmienia z elektronicznym sosem, osadził na dobrych fundamentach rytmicznych i nasycił emocjonalnym głosem. W dodatku nie zapomniał o kilku całkiem przebojowych refrenach. W efekcie słuchamy wielopłaszczyznowej faktury dźwięków, z których co chwilę wyłaniają się kolejne, zaskakujące elementy. Są orkiestrowe sample, małe zgrzyciki i pastelowe ornamenty. Czasami muzyka potrafi być zaskakująco zdecydowana, najważniejsze jest zaś dla mnie to, że w sumie smętne dźwięki uzbrojono w wyrazistą dynamikę, dzięki czemu na pewno nie zaśniemy. Jednocześnie prawdziwą frajdą, kiedy już pomachamy główką, słuchając płyty w samochodzie, będzie odkrywanie drugiego dna, całej palety kolorów, które łączą się ze sobą na bardzo różnych poziomach. Matthew za główną platformę porozumienia przyjął synth pop i na tym szkielecie zbudował piękną płytę, która co chwilę wymyka się prawie gotowym klasyfikacjom. I tym niewątpliwie wygrywa batalię.Lo Fang

Płyta Lo-Fang należy do dzieł, przy których trzeba się nieco „napracować”, wysilić, by poznać je dogłębnie i z każdej strony. Nad „Blue Film” jeszcze pracuję, ale dawno nie był to tak miły wysiłek. Podkreślam – nie lubię jednoosobowych projektów, bo wydają mi się zawsze podejrzane, ale Lo-Fang mnie przekonał, finezyjnie łącząc plastik z żywym dźwiękiem. Prawie niemożliwe, a jednak się udało.

Arek Lerch

Pięć