LIPALI – Fasady (Presscom)

Niedzielne popołudnie. Lipa spogląda na pochmurne, jesienne niebo. Idzie na próbę zespołu. W końcu pojawiła się nowa płyta i wreszcie jest perspektywa paru koncertów, coś się dzieje. Zmęczenie sobotnią imprezą daje o sobie znać, ale nic, trzeba działać. Nagle ktoś staje na jego drodze. Drogi garnitur, ironiczny uśmieszek à la diabli Al Pacino. I to pytanie: „Czy chciałbyś znowu takiej popularności jak za najlepszych lat Illusion? Wystarczy kropelka krwi, o, tu…”. Serce zaczyna bić szybciej… Lepszy spokój czy… Szybka decyzja… klik! Rok 2015. „Fasady”.

Post – illusionową karierę Lipy śledzę niemal od początku i choć dzisiaj macierzysty band Lipnickiego powrócił do życia, nadal wszystko wskazuje na to, że głównym produktem jest projekt odpowiedzialny za takie płyty jak „Bloo”, „Trio” czy 3850. Trudno też nie zauważyć zmian, jakim poddany został zespół, bo choć ciężkie łojenie nadal było/jest głównym budulcem, Lipa przemycał coraz więcej spokoju, refleksji, by na poziomie „3850” osiągnąć stan idealnego nasycenia.Lipali Dlatego też mam z „Fasadami” problem, bo wbrew powszechnym zachwytom, wyczuwam tu lekkie zagubienie. To uczucie do tego stopnia mnie uwierało, że postanowiłem przed skreśleniem paru słów o płycie, zobaczyć zespół na żywca. I nic to w zasadzie nie zmieniło. Lipali to koncertowy wyjadacz, jednak wprowadzenie akustyczno/banjowo/klawiszowego przerywnika w secie, utwierdziło mnie w przekonaniu, że na razie jest to coś w rodzaju etapu przejściowego (inna sprawa – do czego…). Nowy nabytek w postaci Romana Bereźnickiego… w zasadzie nie poprawił brzmienia ani też nie zepsuł, choć i tak pozostanę fanem trio, jako najlepszej, rockowej formuły. Szczególnie w kontekście takiego zespołu, jak Lipali, składającego się w zasadzie z trzech indywidualności, może dlatego płyta „Trio” w najciekawszy sposób puentowała i zamykała pewien okres w ich karierze. Wracając do wspomnianego koncertu – jakoś nie przekonały mnie te akustyczne plumkania, miałem wrażenie, że sam zespół dość, hmmm, ironicznie podchodzi do tego pomysłu. Ok., Lipa zawsze prezentował taką postawę, jednak widok Jeleniewskiego, który z lekkim zażenowaniem chowa głowę w dłoni, podczas kiedy Lipa zamienia się w pukającego w klawisze barda, jakoś nie poprawił mojego postrzegania zespołowej przemiany. Cóż, nadal najlepiej grupa wypada łojąc ciężkie riffy i rytmy, okraszone znakomitymi, klimatycznymi tekstami Lipy. Zazwyczaj bardzo udanymi, choć zapożyczenia w rodzaju „… nic nie boli tak jak życie…” w przebojowym „A gdyby tak” z nowej płyty trochę drażnią.LIPALI _02_zdj_Paweł Romanowski

Skoro jesteśmy już przy nowościach; zawsze budził mój szacunek fakt, że obok ciężkich, walcowatych kompozycji, w zasadzie na każdej płycie zespół przemycał piosenki, które prędzej czy później lądowały w radiowym eterze i napędzały popularność grupy, jakże potrzebną w kontekście koncertów. Tym razem jest podobnie – wspomniany „A gdyby tak” czy „Kawy dwie” robią przysłowiową robotę w najlepszym stylu. Jest lepiąca melodyka, dobre słowo i fajny aranż. Może jeszcze Ludzie 1.2 w podobny sposób na mnie działają, potem jednak zaczynają się schody. Małe, ale jednak. Bo np. pędzący do przodu, rockowy a momentami nawet i traszowy song „Wolność” jest dość przeciętny, podobnie jak „Krajobraz bez człowieka”, który nie potrafi mnie zaczepić, mimo usilnych prób. Paradoksalnie, zupełnie nieźle wypadają „Sunrise” ze swoim transowym pulsem i pomysłowo zaaranżowany „Love Love”. Największe zmiany obserwujemy w tych ciążących w stronę folku, półakustycznych maziajach – „Tuż za twoim progiem” to kawałek, który za każdym razem przewijam, że użyję „kasetowej” retoryki. Wszystko przez te klezmerskie gwizdy i niby luz, który jakoś do mnie nie dociera. Równie źle odbieram nieco ogniskowy „Wschód”. Rozumiem chęć eksperymentowania, rozszerzenie formuły, ale to udało się w fajny (i nie przesadzony…) sposób osiągnąć na poprzedniej płycie. Tu idzie to ciut za daleko i nie wnosi żadnej nowości, czy też pozytywnego zaskoczenia. Docieramy zatem do postawionego we wstępie pytania: są obecne poszukiwania jakąś na nie odpowiedzią? Można przyjąć, że Lipali to po prostu luźna wypowiedź muzyków, którzy dzisiaj mogą robić co chcą. Lipa realizuje się i w Illusion, który nagrał niezłą, reunionową płytę, może zatem pozwolić sobie na małe, puszczone w stronę słuchacza oko. Owo mrugnięcie łykają też żurnaliści piszący peany na cześć nowej płyty Lipali. Jestem w kropce, bo faktycznie jest tu trochę fajnego grania. Na plus zaliczam znakomite, tłuste brzmienie, świetną dyspozycję muzyków, ponownie znakomite wydanie i oprawę graficzną (okładka dużo lepsza od „3850”). Jednocześnie troszkę boli mnie ta niespójność materiału, który jako całość broni się w warstwie lirycznej, muzycznie w kilku miejscach się rozłażąc. Dobry zespół nie zawsze musi nagrywać rewelacyjne płyty; w recenzji poprzedniego krążka wyraziłem opinię, że nie musimy się obawiać żadnych eksperymentów ze strony Lipali. Cóż, mogłem się przecież pomylić. Czekam na kolejny materiał a tym razem bez oceny.

Arek Lerch

Zdjęcia: zespół (Paweł Romanowski), koncert (Arek Lerch)