LIONHEART – Welcome to the West Coast (Fast Break! Records)

Muzycy Hatebreed mogliby posłuchać ostatnich nagrań Lionheart. Zarówno „Undisputted” jak i premierowa ep-ka „Welcome to the West Coast” to przytyk w stronę zespołu Jameya Jasty i środkowy palec dla wszystkich zwolenników „jedynej słusznej sceny” śmierdzącej na kilometr punkiem.

Grupa nie spogląda w przeszłość ani specjalnie nie przejmuje się panującymi trendami. Twórczość Lionheart to mocno metalizowany hardcore, pełen miażdżących cyce breakdownów, prostych riffów, przystępnego groove, a przede wszystkim, cholernie przebojowe i jak na hardcore wpadające w ucho granie. Siła łomotu spuszczanego przez Lionheart porównywalna jest do miazgi jaką serwowało Subzero (ponoć się zeszli!) czy do ataku anty-establishmentowego First Blood. Panowie nie silą się na skomplikowane granie; to hardcore, który miejscami ociera się o thrash metal (i słusznie) albo – ale tylko delikatnie – o metalcore z początku nowego millenium. W każdym bądź razie, niezależnie od tego czy załoga z Bay Area miesza stylami czy nie, skala sianego spustoszenia przez reprezentantów zachodniego wybrzeża USA jest godna pozazdroszczenia przez znacznie bardziej uznane marki.

Siedem numerów składających się na ep-kę to doskonałe odzwierciedlenie wściekłego, ale nieprzesadnie penerskiego hc ubranego w doskonałe brzmienie. Nie ma plastiku, jest za to mięso, którego próżno szukać u kapel aspirujących do miana pierwszej ligi. Zresztą, Lionheart stają gdzieś ponad wszelkimi podziałami, robiąc dokładnie to co lubią. A że w środowisku gani się ich za niezbyt wegetariańską postawę, chlanie, czy umieszczanie produktów niektórych firm w teledyskach – kogo to naprawdę obchodzi? Niech spuszczą Wam wpierdol i tyle. LHHC!

Grzegorz „Chain” Pindor

 Cztery