LINGUA MORTIS ORCHESTRA FEAT RAGE – LMO (Nuclear Blast)

Duet kompozytorski Smolski/Wagner nieprzerwanie od 10 lat, odkąd poznałem niemiecki Rage dostarcza mi wybornej, heavy metalowej muzyki. Jeszcze niedawno cieszyłem uszy bardzo przyzwoitym, ostatnim i zarazem dwudziestym pierwszym albumem tria, a tu proszę, jako Lingua Mortis Orchestra (czyli Rage plus trójka dodatkowych wokalistów) panowie wydają kolejne, dość epickie, ale za to niezwykle przystępne dzieło, przypominające nieco jeden z moich ulubionych albumów ostatniej dekady „Speak of the Dead”.

Jedyne, czego nie rozumiem, to decyzji o wydawaniu tego albumu pod innym szyldem. Nie wiem, czy to zabieg czysto marketingowy, albo decyzja Nuclear Blast, lub też sytuacja, w której – „tak uznali sami muzycy, gdyż czas wznowić koncept”. Okazja nadarzyła się co najmniej doskonała, gdyż w materii niemetalowej, w pracach nad „LMO” brało udział łącznie stu muzyków orkiestr symfonicznych z Hiszpanii i Rosji. Szok! W każdym bądź razie, cokolwiek przesądziło o realizacji tego albumu pod innym szyldem i z takim rozmachem, w to mi graj. Grunt, że fani heavy metalu mogą cieszyć swoje uszy wspaniałym, momentami zaskakująco agresywnym obliczem Rage, ale przede wszystkim, cholernie dobrym, gitarowym graniem, ze świetnie zaaranżowanymi partiami orkiestry, dobrze dobranym tercetem uzupełniających się, wspierających Wagnera wokalistów(dwie Panie i jeden Pan, o których poniżej).

„LMO” to dość długi nawet jak na Rage album, bo trwający ponad godzinę. W sumie, czas trwania tego albumu wcale mnie nie dziwi. Tyle pomysłów na muzykę ma zapewne nie tylko Timo Tolkki, Tobias Sammet czy Arjen Lucanssen. Nie wszyscy z z nich (zwłaszcza ten ostatni…) potrafią z takiego nagromadzenia tematów stworzyć dzieło bardzo spójne, logicznie się rozwijające, a przede wszystkim, tak ujmujące i łatwo wpadające w ucho. Zaznaczam jednak, iż „LMO” nie jest operą, choć ma jej znamiona. Na to z pewnością jeszcze przyjdzie czas, może nawet, Smolski stworzy coś z którymś z powyższych tytanów metalowych oper? Któż to może wiedzieć.

Wracając do warstwy muzycznej „LMO”, niespecjalnie warto rozkładać ten album na czynniki pierwsze, ale można zwrócić uwagę na kilka utworów z osobna. Pierwszym z nich, zresztą otwierającym cały album jest potężne, ponad dziesięciominutowe „Cleansed By Fire”. Utwór co najmniej interesujący ze względu na rozplanowanie akcentów wokalnych (nawet ze wściekłym krzykiem), jak i z racji na kilka zupełnie odrębnych, a jednak świetnie ze sobą współgrających nastrojów. Utwór płynie i to jest najważniejsze. Jeśli miałbym wybrać najbardziej reprezentatywny utwór dla całości (z pominięciem tych, o których poniżej…) z pewnością wybrałbym bym właśnie ten.

Kolejne miejsca na podium należą do absolutnego murowanego hitu, „Scapegoat”. Wspólnie śpiewany refren przez całą czwórkę wokalistów „wchodzi do łba” niemal automatycznie, a sola Smolskiego – oczywiście w mojej opinii, nie były lepsze przynajmniej od czasu „Speak of the Dead”. Tak czy owak, ten z początku dość skoczny, agresywny i ocierający się nowoczesny thrash metal utwór przeradza się w piękny, ale miażdżący ciężarem walec. Numer trzy należy do dość przewrotnego, ale za to jakże przebojowego bo power metalowego „Eye for an Eye”. To chyba jedyny taki utwór na krążku, który został tak mocno osadzony w power metalowych ramach – i bardzo dobrze! Reszta nie jest aż tak melodyjna (włącznie z nazbyt ckliwą balladą – zatytułowaną nomen omen „Lament” ). Warto sprawdzić teksty, które oparte są na prawdziwej historii dotyczącej palenia wiedźm w niemieckiej miejscowości Gelnhausen w 1599 roku, gdyż w takiej formie w jakiej opowiada je Wagner, nawet najstraszniejsze fragmenty tego makabrycznego zajścia są interesujące.

Na koniec krótka konstatacja. Przemieliłem w tym roku sporą ilość heavy metalowych pozycji, głównie z czołówki i starych wyjadaczy, którzy albo eksperymentują na stare lata lub trzymają się comfort zone. Oczywiście, prym jak zwykle w tym gatunku wiodą Niemcy i – szczerze – nawet nie mam ochoty słuchać takiego metalu z innych krajów. Włosi, Amerykanie, Kanadyjczycy, Szwedzi i Anglicy nie są w tym aż tak dobry jak nasi sąsiedzi (co jest trochę przykre). Karty w tym roku rozdał Sammet, rozdał Andi Deris z Helloween i Wagner ze Smolskim. Zasłużenie.

Grzegorz „Chain” Pindor

Pięć i pół