LIKE MOTHS TO FLAMES – An Eye For An Eye (Rise Records/Nuclear Blast)

Celowo zwlekałem z recenzją tego albumu. Zwykły metalcore praktycznie nie robi na mnie żadnego wrażenia, dlatego „An Eye For An Eye” swoje musiało odczekać. Co prawda, mając na uwadze wcześniejsze dokonania młodych amerykanów, powinienem podejść do tego krążka z większym entuzjazmem, ale jak sam zaznaczam – tak się nie stało.

Nowa propozycja zespołu z Columbus (tam skąd pochodzą Sleepers Awake – przyp.red) to w odróżnieniu od poprzednich materiałów, rzecz mniej melodyjna, bardzo techniczna, pogmatwana, wystawiająca słuchacza na próbę. Gros utworów to oczywiście mniej lub bardziej intensywne, koncertowe petardy, nierzadko napędzane samym breakdownem (im akurat wybaczam), ale aspekt techniczny, zwłaszcza gdy idzie o harmonie, jest naprawdę znaczący. Zresztą, w tej muzie ostatnimi czasy zamiast emocji – czy wściekłych, wypranych z uśmiechu i radości, lub odwrotnie – pozytywnych, mamy do czynienia z bardziej mechanicznym przedstawianiem rzeczywistości. I to jest całkowicie ok. Jeśli nie ma się pomysłu na refreny lub nie chce się być marną kopią This Or The Apocalypse jak najbardziej uważam to za dobrą postawę. Swoją drogą, powyższa nazwa, a raczej zeszłoroczny album zespołu Ricky’ego Armellino, to doskonały punkt odniesienia dla „An Eye For An Eye” i jeśli ktoś polubił „Dead Years” z całą pewnością „łyknie” ten album.

Tak jak w przypadku TOTA, Like Moths to Flames mogą pochwalić się świetnymi wokalami (lead i boczny, czysty). W przypadku „wyjca”, jest naprawdę zaskakująco dobrze, czego w ogóle się nie spodziewałem. Standardowe patenty na „słodko-gorzko”, zdążyły mi się wystarczająco znudzić a tu proszę – nie dość, że to, co przesądza o „przebojowości” tego albumu, dawkowane jest z umiarem, to jeszcze na zaskakująco zadowalającym poziomie. Screamy i growle Chrisa Roettera również, ale to nie jest żadną nowością ani dla tego zespołu, ani tym bardziej dla gatunku.

Sprawdźcie „A Feast For Crows”, „The Black Out” i wieńczący album, wyróżniający się na tle reszty “My Own Personal Hell”. Jeśli Nuclear Blast ma zamiar dalej wydawać takie kapele, to jestem spokojny o przyszłość zespołów. Może i nie wnoszą niczego spektakularnie zmieniającego oblicze gatunku, ale jednak są na tyle warte uwagi, pieniędzy i zainteresowania, że Pan Bóg, któremu dedykują albumy, z pewnością może się ucieszyć. Zobaczymy jak grupa wypada na żywo, kiedy to przyjadą do nas jesienią razem z Parkway Drive. Jest co sprawdzać, bo partie sekcji rytmicznej, z naciskiem na bębny, często brzmią dość nienaturalnie i byłoby źle, gdyby grupa o takim potencjalne oszukiwała słuchaczy.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery