LIGHTNING BOLT – Fantasy Empire (Thrill Jockey)

Perkusyjno – basowe duety to rzecz, która mimo długiej historii, nadal budzi zrozumiałe zdziwienie, choć osobiście uznaję sens li tylko działalności Sabot, jako przykładu esencjonalnego wykorzystania możliwości czterech strun i paru naciągów. Z kolei w temacie tworzenia monstrualnej ściany dźwięku dominuje faktycznie Lightning Bolt, nawet jeśli uznamy, że generowany przez nich hałas ma z muzyką niewiele wspólnego.

Duecik produkuje swoje nojzy już od połowy lat 90- tych, nagrał kilka płyt, z których w zasadzie dopiero najnowsza, stworzona w studyjnych i sensownych warunkach przynosi coś w rodzaju tzw. muzyki. Przyznam też, że nazywanie LB zespołem mającym decydujący wpływ na scenę noise, jest dla mnie dyskusyjne, przynajmniej w kontekście tzw. kompozycji, bo w zestawieniu z twórczością Shellac czy The Jesus Lizard, pozostają jedynie wściekłymi punkami, co wzmacniacze rozkręcają na full, badając wytrzymałość ludzkiego ucha.LB band

„Fantasy Empire” jest jednak jakimś tam novum, bo pojawiają się tu normalne struktury, klarowne brzmienie odsłania też sensowność poszukiwań nowego kontekstu dla hałasu. Stąd zapewne odjazdy w kierunku awangardy, archetypicznych niemalże sprzęgów i zgrzytów, które przyjemnie kontrastują z tymi bardziej ułożonymi fragmentami. A te ostatnie ciekawie wpisują się w całą, post hardcore’ową, czy post sludge’ową bandę brodatych i wydziarganych po czubek łba drwali. Szczególnie w tych wolniejszych, bardziej, hmmm, transowych momentach. Poza nimi jest tu sporo frenetycznego hałasu, pozornie bezładnej, tłukącej perkusji i wiecznego, obłąkanego przesteru, pod którym, gdzieś na drugim i trzeci planie błąkają się strzępki wokali. Nowa płyta zachowuje na pewno jeden element, wspólny dla twórczości zespołu – potworną dawkę energii, która ożywia muzykę, dodając jej mocnych rumieńców. Nie zdecyduję się nazwać sztuki LB muzyką, choć np. w porównaniu z takim „Earthly Delights” z 2009 roku, będącym niczym więcej jak popierdoloną odpowiedzią na „Filth” SWANS, „Fantasy Empire” brzmi wręcz statecznie. W końcu nawet najbardziej zapyziały punkowiec musi się kiedyś ogarnąć, choć nie zmienia to faktu, że od konkretnej, numerycznej oceny płyty raczej się dystansuję.

Arek Lerch