LIFEFORMS – Multidimensional (Lifeforce)

Postanowiłem odebrać nieco chleba red. Pindorowi i napisać o Lifeforms, zespole, reprezentującym gatunek muzyki określanej jako djent. Pochodzący z Sacramento band ma na koncie dwie ep – ki oraz promowany właśnie, wydany przez najodpowiedniejszą dla nich wytwórnię album, który powinien fanatyków takiego grania zadowolić. Ja postawiłem na mały eksperyment i przed lekturą „Multidimensional” zadałem sobie ostatni album protoplastów takiego łojenia, czyli Meshuggah. Efekt? Wolałem stare dokonania Szwedów i polubiłem nowy Lifeforms.

 

Problem z taką muzyką w moim przypadku polega na tym, że kilka dobrych lat temu zrobiłem rzecz straszną, czyli przedawkowałem metalcore’a. Od tamtej pory wszystko, co wiąże się z jego pochodnymi, powoduje u mnie odruch obronny (wymiotny?). Na szczęście, ostatnio ciut łaskawszym okiem zerkam w tym kierunku i niniejsza recenzja jest tego przykładem, choć nie sądzę, by Lifeforms stali się moimi idolami.

Trudno mi oceniać materiał w kontekście bardzo bogatej sceny, jednak muszę przyznać, że w kilku miejscach potrafi zaintrygować. Oczywiście, patent z niesymetrycznym, multiplikowanym patentem na mechaniczne unisona gitary rytmicznej i stóp perkusyjnych jest tu nagminny i decyduje o pulsie płyty. Nie sądzę, że Lifeforms robi to lepiej niż działo się   na rewelacyjnej „Chaosphere” wymienionych we wstępie tytanów, jednak przesunięcie środka ciężkości w stronę absurdalnie wręcz odhumanizowanego, rytmicznego walca, jest w przypadku „Multidimensional”  jakimś atutem. Zespół do perfekcji opanował ten patent i raczy nim słuchacza non stop, tym bardziej cieszą miejsca, gdzie muzyka jest prostsza, bo wtedy obcujemy z czymś na kształt futurystycznego metalcore’a. Progresywnego sznytu sztuce Amerykanów nadają za to fragmenty, gdzie z bezdusznym, rytmicznym pompowaniem zestawiono drugą gitarę, zapodającą przestrzenne, lekko psychodeliczne pasaże, powodujące, że muzyka nabiera jakiegoś space – duchowego charakteru i faktycznie odlatuje w kosmos. I choć na dłuższą metę płyta troszkę nudzi, zauważam w tej muzie coś na kształt własnego charakteru. Szkoda jedynie, że panowie zadbali, żeby brzmienie było maksymalnie syntetyczne i skompresowane, bo przy bardziej analogowym, brudnym dźwięku mogłoby być wręcz rewolucyjnie. Nie wątpię jednak, że formuła taki właśnie miks w pewnym sensie narzuca.

W ten sposób dobiegła końca moja przygoda z Lifeforms. Co ciekawe, płyta, mimo, że za każdym razem kończę lekturę lekko zmęczony, w jakiś sposób mnie intryguje i od czasu do czasu wracam do niej z perwersyjnym zaciekawieniem. Być może wynika to z faktu, że trudno znaleźć na niej jakiekolwiek klasyczne elementy metalcore’owe. Najważniejsze jest zaś to, że nie słyszę tu choćby jednego dźwięku, mogącego kojarzyć się z „Slaughter of the Soul” wiadomo kogo. Już za ten fakt płyta ma dodatkowy punkt w ocenie.

Arek Lerch

Trzy i pół