LEVIATHAN – True Traitor, True Whore (Profound Lore)

Wyobraźcie sobie, że siedzicie z kolegą przy wódce i nachodzi was wena na mętne filozofowanie o muzyce i okolicach (z tą wódką to taki retro-żart, chodzi oczywiście o rozmowę na Facebooku). W pewnym momencie podniesiona zostaje kwestia tego, co to właściwie jest ten black metal i jaki jest jego wspólny mianownik w dzisiejszej rzeczywistości, kiedy do tego worka pcha się kto żyw… Nie łamcie sobie głów, ja wiem to wam powiem. By uniknąć pretensjonalnego bełkotu o „mroku” i pokrewnych, ujmijmy sprawę następująco: oprócz pewnych oczywistych wyróżników muzycznych, black metal bazuje na negatywnych emocjach, bez których forma staje się wydmuszką i smutnym pobzykiwaniem dla Szatana, który, gdyby istniał, pierwszy poszedłby do spowiedzi wstydząc się za takich wyznawców. Innymi słowy – stosowna dawka wkurwu i mizantropii jest równie istotna co talent i wizja. Jeśli mi nie wierzycie to posłuchajcie „True Traitor, True Whore” i oceńcie jakościowy kanion, jaki dzieli tę płytę od podobnych wydawnictw z ostatnich miesięcy.

Wuj ich tam wie jak to było z Wrestem i jego dziewczyną, nie mnie to na szczęście rozsądzać. Póki co, skutkowało to epizodem penitencjarnym, pokrzyżowaniem paru planów (wśród których najważniejszym wcale nie był wywiad dla pewnego polskiego magazynu) i krótkotrwałym fanowskim szlochem na sieci w stylu „rety, patrzcie ludzie, drugi Vikernes”. Generalnie nikt raczej nie wierzył, że powstanie następca „Massive Conspiracy Against All Life”,  co mnie akurat nie cieszyło, bo ten album czczę w niemym zachwycie i stawiam w prywatnym rankingu na równi z tzw. „klasykami gatunku”. Ostatecznie jednak udało się, a Jeff zarejestrował kolejny materiał, który dalece wybiega poza eksplorację studyjnego potencjału sypialni i strychu. „True Traitor, True Whore” kipi i bulgocze taką wściekłością, że krytyczna rozbiórka na czynniki pierwsze i suchy opis poniekąd mija się z celem. Gwoli recenzenckiego obowiązku ustawmy jednak stosowne drogowskazy; nowy album Leviathan z pewnością nie jest bezpośrednią kontynuacją wątków „Massive…” czy nawet (genialnego skądinąd) debiutu Lurker of Chalice. Utwory są bardziej skondensowane i urozmaicone w warstwie kompozycyjnej, a darkambientowe przestrzenie zastąpiło coś na kształt surowego, garażowego postpunka (co nie powinno dziwić, jeśli zna się faktyczne fascynacje muzyczne Wresta), zgrabnie polepionego z blackmetalową estetyką. Najwyraźniejszym echem poprzedniej płyty są chyba charakterystyczne już dla Leviathan wokale, brzmiące jakby artysta nagrywał je przez rurę od Electroluxa stojąc w kabinie prysznicowej. Ponadto Wrest to jeden z niewielu znanych mi muzyków, którzy nawet w chałupniczych warunkach (choć „True…” powstał akurat w studio Sanforda Parkera) potrafią uzyskać na padach brzmienie, które nie razi sztucznością. Jeśli to komuś robi różnicę (a mi akurat takie sprawy owszem, robią), to są tu dwa na nowo nagrane utwory z czasów demówkowych, co nie powinno nikogo zrazić, bo w żaden sposób nie odstają od całości.

Tyle szkiełka i oka. Fakty są takie, że „Zdrajca i Kurwa” podszyty jest nienawiścią, która nadaje nowe znaczenie powiedzeniu o muzyce łagodzącej obyczaje. Ta płyta to odwetowy strzał w ryj całego świata i zapis wewnętrznych przeżyć człowieka, który nieomal spierdolił sobie resztę życia. Jeśli black metal jest muzyką zorientowaną na swoiście rozumiane zło, to Wrest zdaje się powtarzać za Sartrem, że „piekło to inni”, i tę mizantropię przekuł na doskonałą, i zarazem rozstrajającą emocjonalnie płytę. W pewnym wieku, w zależności od osobnika gdzieś między 20. a 30. rokiem życia, niemal każdy fan black metalu zada sobie pytanie o sens, potrzebę i granice utożsamiania się ze zjawiskiem, które dawno wykroczyło poza ramy czysto muzyczne. Moim zdaniem, lepiej dać sobie spokój i rozsiąść się na wygodnej kanapie dla life-metalowców. Wypada nam, szarym zjadaczom srebrnych krążków cieszyć się, że kto inny babrze się w swoich neurozach, nagrywa rewelacyjne albumy i stacza się na dno zamiast nas.

Bartosz Cieślak   6