LEPROUS – The Congregation (Inside Out Music)

Wcześniej czy później, musiało to kiedyś nastąpić: Leprous zakończył mistrzowską passę nagrywania co raz to lepszych albumów. „The Congregation” – wierny „ideałom (progresywnego) sierpnia”, godzi piosenkę z przekornym spojrzeniem na aranżację i kompozycję, lecz wszystko to w myśl zasady „wszystko jest dla ludzi, tylko z umiarem”. A umiaru tu co niemiara.

Z wydanego dwa lata temu, doskonałego „Coal”, Leprous pożyczył staccatujące gitary, obsiał nimi całe pole, potem wziął proszki na uspokojenie i tak, dosłownie na ekranie laptopa wokalisty i klawiszowca Einara Solberga, powstało jego „solowe” dzieło – uproszczone, minimalistyczne, wycofane, dążące do wyrafinowania kosztem energii. Owszem, cztery pierwsze utwory to petarda z mocno opóźnionym zapłonem, który zapala się następnego dnia, gdy przy warunkowych czynnościach zaczynasz nucić te wszystkie potężne, leprousowe refreny. Potem jednak ponownie słyszymy synkopujące gitary, których matematyczne natręctwa nudzą i wreszcie drażnią. Bezbarwnie mijają nas błądzące w cieniu eksplozji z początku albumu takie zamykacze, jak „Moon”, „Lower” i „Down”, które nie potrafią po męsku zakończyć tej przydługiej płyty. Zadziwia mnie jak zdyscyplinowany (czytaj: ograniczony) jest tutaj, będący największym perkusyjnym objawieniem ostatnich lat, Baard Kolstad (ciągnący jednocześnie Borknagar, God Seed i Abbath). Samokontrola w perkusyjnym fachu to też sztuka, ale wystarczy posłuchać na jakie pomysły wpadał były bębniarz Leprous – Tobias Ørnes Andersen i wszystko stanie się jasne. Z drugiej strony miał wtedy człowiek do czego grać, bo tym razem aranżacyjna abstynencja (albo Solberg) zmusza Baarda do „progresywnego” wystukiwania przez pół albumu rytmu na tomach. Ciekawy to zabieg w „The Flood”, który z czasem na przestrzeni płyty staje się męczącą normą – oryginalność ma swoją cenę, za którą każe się nam słono płacić. Gitary zepchnięto na tak daleki plan, że obecność dwóch osób je obsługujących wydaje się marnotrawieniem pieniędzy do podziału, skoro już powiedziano „A” i podziękowano basiście. A bas sprowadzono do jego właściwej roli, to jest słabo słyszalnego para-instrumentu. Leprous

Gorycz porażki mogłaby wynagrodzić przepiękna soulowa barwa głosu Einara Solberga i jego wręcz sakralny falset w stylu Jeffa Buckley’a, lecz tym samym przecież głosem zagospodarowano na „Coal” uroczo prosty „The Cloak” czy epicki „The Valley”, które – choć wtedy wydawały się zbyt uśpione, refleksyjne – miały w sobie więcej świeżego eksperymentu i żaru. Z przyzwoitości nie chcę porównywać nowego Leprous do „Bilateral”. Zresztą, wyzłośliwiając się na zespół za niespełnione nadzieje, można by napisać, że „The Congregation” to wstrzemięźliwa wersja „The Valley” w odcinkach. Bo jak spokojnie zareagować na deklarację Solberga, że jest to „najbardziej śmiały, techniczny, świeży i dojrzały album jaki kiedykolwiek zrobiliśmy”? To, że przez najbliższe dwa lata (do premiery następnej płyty Leprous) nikt nie nagra lepszego prog-metalowo-rockowego albumu od „The Congregation” nie jest dla mnie specjalnym pocieszeniem w sytuacji, gdy Leprous ściga się już tylko ze sobą we własnej ekstra lidze.

Nie potępiam stonowania Leprous. Wszyscy mają prawo, by zwolnić albo w końcu zatrzymać się w miejscu, które wyjątkowo się im podoba. Tak można, albo nawet trzeba, gdy wreszcie po latach poszukiwań wypracowało się swój oryginalny styl, z którym zespołowi dobrze i do twarzy. Jednak w przypadku Leprous polecałbym innego krawca i mniej czerni. Podobno kolory są teraz w modzie.

Kuba Kolan

Cztery i pół