LEPROUS – Malina (InsideOut Music)

Dzisiaj staję w jednym szeregu z tymi, którzy co nowy album Leprous wypatrują „powrotu do formy” z czasów płyty „Bilateral” i za każdym razem zostają odprawieni z kwitkiem. Nie dostrzegałem takiej potrzeby, gdy ukazał się „Coal”; trochę ponarzekałem na nieco wyblakły „Congregation”, ale tym razem rzecz jest naprawdę niepokojąca, bo wygląda na to, że chyba każe się nam pogodzić z krzepnącym stylem Norwegów, którego zapis dźwiękowy nie jest już tak fascynujący.

Jako muzyk – amator, z zazdrością słucham tej idealnie zaaranżowanej płyty, by zaraz odetchnąć z ulgą i wyzbyć się tego wstrętnego uczucia – Leprous wcale nie złapał Pana Boga za nogi. Olbrzymi talent i lata pracy doprowadziły do perfekcji, która przez planowanie i konsekwencję koncentruje się teraz bardziej na poszukiwaniu oryginalnej formy, a mniej na treści. A może przyczyna jest bardziej prozaiczna? Może zwyczajnie to brak metalowej nuty i rockowej, rączej energii powoduje, że „Malinie” brakuje dawnego żaru? Bo gdzieś na wysokości połowy płyty zespół wyhamowuje, powściągliwie porzucając fajne, iskrzące poprockiem granie w stylu islandzkiego Agent Fresco („Stuck”, „Captive” i fantastycznie przebojowy „From The Flame”) na rzecz artystycznej wizji, która bardziej męczy, niż ciekawi. Jakiś zlepek twórczości Iana Hammera, Cronos Quartet i Meshuggah ma tworzyć nastrój niepewności i niedookreśloności, a w efekcie – w zderzeniu z uroczą energią pierwszej części płyty – zieje wydumanym artyzmem. Gdzieś pod koniec albumu sytuację ratuje opethowa zwrotka „The Weight of Disaster” i prawdziwie leprousowy, bombastyczny refren w tymże, lecz wobec wydziwiania na siłę, to tylko przykry incydent, bo pokazujący jak wielki, lecz niewykorzystany (lub niewłaściwie wykorzystany) potencjał drzemie w tych jeszcze młodych Norwegach.Leprous

Ślady młodzieńczego nieskrępowania i wręcz bajkowego piękna „Foe”, „The Cloak” czy „Echo” (litościwie pomijam utwory z „Bilateral”) pojawiają się tu sporadycznie (np. refren „Illuminate”). Powtarzający się introwertyzm zwrotek uznano za rzecz wartą pielęgnowania, choć nie nosi ona znamion wcześniejszej urody. Minimalizm gitar jest w dalszej części płyty wybitnie służebny wobec formy, grany pod dyktando śpiewającego lidera. Mechaniczne staccato, falset, nieustanie wiercąca się perkusja, po jakimś czasie zaczynają męczyć i nużyć. Leprous wciąż poszukuje (druga połowa płyty), ale też staje się zakładnikiem kilku charakterystycznych dla niego patentów (djentowe synkopowanie, miękki falset Solberga), które miały uczynić go bardziej wyrazistym i rozpoznawalnym, jednak w rezultacie – poprzez ich nadużywanie – utraciły po części siłę wyrazu.

Nie wiem czy będę wracał do tej płyty. Na chwilę obecną zbyt mocno uwiera mnie niewielka odległość Leprous od miejsca, w którym mogliby całkowicie schlebić moim oczekiwaniom. A te z wiekiem tylko rosną i może to jest wyłączną przyczyną mojego zrzędzenia.

Kuba Kolan

Zdjęcie: Nihil

Cztery i pół