LemON – Tu (Warner)

Tutaj miały znaleźć się zupełnie inne słowa. Coś prześmiewczego na temat fenomenu różnorakich talent szoł, powierzchowności wygłaszanych tam opinii i generalnej niewybredności ludzkich gustów. Wtem – spadło na mnie oświecenie. Dlaczego miałbym patrzeć na „Tu” przez pryzmat niezgrabnych początków grupy? W tak stanowczym odtrąceniu widm przeszłości pomaga piękno i jakaś bezpretensjonalność tego krążka. Kto by pomyślał…

Dlaczego? Bo – jeszcze na moment wracając do wspomnianych początków – LemON widziałem w tamtym okresie grupą interesującą wyłącznie w zestawieniu z całym tym chłamem i niemiłosiernie blednącą po wyjęciu z kontekstu. Było coś intrygującego w ich łemkowskiej wrażliwości i w pierwszych spojrzeniach kierowanych w stronę rocka („Scarlett”), jednak nie podążała za tymi obietnicami prawdziwa jakość. Panowały rozedrganie i egzaltacja. W końcu zapomniałem, ale wspomnieniu nie pozwolił w spokoju dogorywać kolega Grzesiek, proponując rozmowy na temat „Tu”. Nie miałem względem tego krążka nawet cienia oczekiwań. Ślady ciekawości mieszały się z niechęcią. A teraz? Teraz cieszę się, że tak dobry album odkryłem z opóźnieniem liczonym w miesiącach, nie w latach, i lamentuję nad własną ignorancją. Na „Tu” próżno bowiem szukać młodzieńczej egzaltacji, skłonności do przesady, ani środków, co nie prowadzą do celu. Nie wiedzieć kiedy, LemON przeobraził się w kolektyw dojrzały i pewny swojej drogi. Zgadza się tutaj (sic!) dosłownie wszystko. Teksty – piękne, wysmakowane, choć nie do przesady. Ciekawe językowo i czysto literacko. Zachwycający na tysiąc sposobów wokal (różnorodność ekspresji jest doprawdy godna uwagi – szepty, liryczne wyciszenia, wściekły krzyk). No i same piosenki: zwiewne, akustyczne miniatury, oparte na szkielecie z fortepianu smuty czy stricte rockowe porywy („Papier”) – wszystkie one brzmią fantastycznie. Zagłębiając się w te utwory, dostrzegłem, że z tej skali kunsztem kompozytorskim trzeba się po prostu urodzić. Jak to jest pięknie napisane, jak pięknie poskładane! I nie zgodzę się, że więcej trzeba LemONowi mocy, że więcej sprzężeń. To nie jest płyta – świadectwo ewolucji, to płyta na tu i teraz. A że nie da się jej opisać jednym słowem? To chyba lepiej…  Adam Gościniak2017-03-foto1

Redaktor Gościniak wzbraniał się przed napisaniem recenzji LemON, i wcale się mu nie dziwię, bo zespół ten jak mało który napsuł krwi słuchaczom. Miałem tę nieprzyjemność pracować w Empiku, kiedy ruszyli na podbój serc ze swym hitem „Scarlett”, przez co ta „wspaniała” załoga obrzydła mi nie mniej, jak krajowa muzyka taneczna. Nie chodzi tu o to, że to, co robi Igor Herbut i koledzy, jest złe do szpiku kości, bowiem zarówno niedzielni słuchacze radiowych power playów, jak i gawiedź celebrująca rocka od święta, powinna mieć swoich idoli. Ponoć o gustach się nie dyskutuje, ale kiedy „taki” zespół nagrywa mocną, rockową płytę, wkraczam do polemiki.
Nie spodziewałem się, że ten nasz polsko – łemkowsko – ukraiński (!) twór zboczy z komercyjnego kursu na rzecz grania spod znaku łódzkiej Comy. Mało tego, nie dość, że da się tej płyty słuchać, to ma w sobie dziwny magnetyzm – właśnie ten, dzięki któremu trafili do mas ze smutnymi przebojami. Tutaj sekcja gra jak trzeba, wokal dwoi się i troi, dramatyzuje, ale ze smakiem, i zdarza mu się całkiem solidnie ryknąć. Wolta, jaką przeszedł ten zespół jest – dla zagorzałych fanów – z pewnością sporym zaskoczeniem i testem wierności. Dla słuchaczy, którzy mieli formację gdzieś, to jest dla 99,9 % ludzi orientujących się w gitarowym hałasie, dość nieoczekiwanie stali się niespodzianką krajowej sceny. Uwaga – dopiero po czwartej płycie! Nie twierdzę, że „Tu” jest płytą, do której będę wracał (choć łzawe motywy na pianinie kuszą), ale przywraca wiarę w to, że sprawni instrumentaliści, których krążki wielokrotnie pokryły się złotem i platyną, są w stanie świadomie wyjść ze swojej strefy komfortu (albo zarobku), aby wreszcie tworzyć muzykę jaką pierwotnie chcieli, a jaka z pewnością nie dała by im na kawałek chleba. Gdyby jeszcze dorzucili więcej przesterów, pokusili się o odważniejsze użycie syntezatorów, a całość spoili bardziej vintage’owym brzmieniem, może dałbym im kolejną szansę. Póki co, LemON poszukuje i idzie dobrym tropem, ale pozostaje w cieniu komercyjnego sukcesu sprzed kilku lat.  Grzegorz Pindor