LEASH EYE – V.I.D.I (Metal Mind Prod.)

Lubisz Corruption? Lubię. To znaczy, że lubisz też Leash Eye… Lubisz Alabama Thunderpussy? Lubię. To znaczy, że lubisz też Leash Eye… A lubisz stare, hard rock’owe grzanie i stonerowy kurz? No oczywiście, że lubisz. Dlaczego? Bo lubisz Leash Eye…

Druga płyta warszawskiego Leash Eye to po prostu lepsza wersja debiutu. Podobnie jak na „V.E.N.I”, zespół łoi rasowego hard rocka, podobnie jak wtedy, na nowej płycie daje upust swoim fascynacjom starymi, amerykańskimi krążownikami szos. Zresztą, fascynacją Ameryką jako całością, pewnym stylem życia.

Trudno opisywać samą muzykę, bo jest tak organiczna, że tylko doświadczenie ciężaru zaklętych w niej pustych przestrzeni USA może być tu najlepszą recenzją. Na drugiej płycie zespołu stoner rock spotyka swojego dziadka z lat 70  tych, uzbrojony w hammondy brata się ze swoim brudnym i zapitym kuzynem, zwanym tu i ówdzie southern’ rockiem. Razem piją wódę, palą jointy i sieją postrach wśród gospodyń domowych. Właśnie dlatego nie mam zamiaru bawić się w dogłębne analizy i górnolotne frazesy; chłopaki z Leash Eye grają tak rasowo i totalnie nie – polsko, że nie pozostaje mi nic innego jak dobrze się bawić. Od razu też się tłumaczę – nie mam nic przeciwko pol – soundowi, tyle, że w przypadku stylistyki uprawianej przez Leash Eye, brzmiałoby to groteskowo. Tym bardziej, że warszawiacy, podobnie jak opisywany tu jakiś czas temu J.D. Overdrive wcale nie kryją się ze swoimi upodobaniami i nie udają na siłę, że są zbawcami rocka. Tu wszystko jest jasne i klarowne. Po wysłuchaniu płyty każdy zrozumie też owe maniakalne upodobania do starych krążowników szos, które uwiecznione zostały na okładce płyty. Ta muzyka idealnie nadaje się, by słuchać jej w kabinie auta, mając nad sobą siejące żarem niebo. I znowu pol – fobicznie pojadę: byle nie na krajowych drogach, bo śmierć murowana (sprawdziłem – „Trucker Song” + samochód +  Katowicka = urwane zawieszenie…).

„V.I.D.I” nie jest w żadnej mierze oryginalna, bo ta muza tego nie wymaga, posiada za to ową iskrę, ducha, dzięki czemu jest cholernie autentyczna, świetnie transponująca źródła starego rocka na współczesne brzmienie. Leash Eye grają tak, jakby każdym dźwiękiem chcieli wyrwać się z tej dziury, gdzie szczytem marzeń nadal jest 10 – letni Volkswagen. Bezpretensjonalnie, ciężko i na swój sposób chwytliwie. Wbrew pozornej jednowymiarowości tej muzyki, każda kolejna z nią sesja smakuje lepiej. I to jest moja względem „V.I.D.I.” rekomendacja.

Arek Lerch 5