LATAJACE PIĘŚCI – Procedury Wewnętrzne

Bądź oryginalny. Szukaj, burz i buduj. Ciągle rób krok do przodu a w najgorszym razie w bok. Nigdy nie stój w miejscu. Jeśli coś brzmi nietypowo, musi stać się standardem. Nade wszystko – zaskoczenie. Spełniasz te kryteria? Znaczy, wyprzedzisz swój czas i nikt nie będzie wiedział co z tobą zrobić. Co to jest? Przepis na pierwszego długograja Latających Pięści.  

Poznałem ich parę lat temu, przy okazji Maxisingla, zaskoczyli mnie oryginalną formułą i świetnym, teatralnym frontmanem. Coś ciekawego, co w zasadzie mógłby stać się zalążkiem większej rewolucji. Nie stało się. Była cisza a teraz wreszcie pojawił się pełnowymiarowy album, który wzbudził konsternację. Przyznam, że kilka recenzji, jakie pojawiły się po premierze płyty to skondensowany wyraz zakłopotania i nieudolnych w sumie prób ujęcia fenomenu zespołu w jakąś definicję. Co w zasadzie skazane jest na porażkę, i sam się do takowej dopisuję. Nie wiem, jak można zdefiniować muzykę z debiutu, tym bardziej, że zespół w zasadzie każdym numerem otwiera inną furtkę, kapryśnie skacząc ze stylistyki na stylistykę i… właśnie ten brak określenia jest najlepszą definicją Latających. Formuła – odpowiednio dopracowana – pozostała w założeniu bez zmian – sekcja rytmiczna plus odjechany wokalista, być może z nieco większym niż poprzednio udziałem elektroniki i rożnych, tzw. „przeszkadzajek”. Siłą rzeczy, bardziej zwracamy uwagę na teksty, które są – w zależności od podejścia – albo bardzo tajemnicze, albo psychodeliczno – prorocze. Tak czy inaczej, warto się im przyjrzeć bo prezentują się równie ciekawe co muzyka.LP band

I tu dochodzimy do jądra problemu. Zespół upakował na tej płycie tyle pomysłów, że nie sposób tego ogarnąć za pierwszym podejściem. Nowa fala, psychodeliczne rozedrganie, trochę technicznych wygibasów po linii NoMeansNo, janerkowy feeling. Indywidualizm to głos Michała i jego efekty a w zasadzie improwizacje, momentami pojawi się funkowa zagrywka basu, czasami sekcja rytmiczna skręca w stronę jazz rocka, jednak kiedy wszystkie te elementy łączą się w całość, okazuje się, że mamy do czynienia z nową jakością, fermentem, który – i tu muszę dodać „niestety” – będzie budził opór, będzie powodował dezorientację, bo w zasadzie sam miałbym problem z tym, gdzie wsadzić Pięści, z kim ich zblokować i wysłać na trasę. To bardzo specyficzne podejście. Taka kreatywna schizofrenia – zestawiamy rocka z folkiem („Raz dwa trzy”), atakujemy surowymi „Naukami dnia”, budujemy definicyjną dla LP „Fluokestynę”, aplikujemy kwaśne klimaty w „Narcystycznym nieładzie” i lodowaty powiew „Humbak”… itd. Każde przesłuchanie ujawnia kolejne, ciekawe wątki, smaczki, dziwne dźwięki, jarmarczny klimat muzyki, trochę groteski a przede wszystkim, nieokiełznaną, kolorową naturę muzyków. Taka płyta nie może przejść bez echa, ale też zdaję sobie sprawę, że szanse, by porwała tłumy są marne. Nie lubimy słuchać muzyki, która jest jazdą pod górkę… Tym bardziej traktuję „Procedury Wewnętrzne” nie jako potencjalny hit a jako taką perełkę – ładnie wydaną (świetna okładka), nagraną w dobrym studiu, pomysłową i skazaną na tylne siedzenie muzycznego autobusu. A może się mylę?

Arek Lerch