LASTER – Ons Vrije Fatum (Dunkelheit)

Zazwyczaj przy okazji pisania o płytach takich, jak „Ons Vrije Fatum”, zbiera mi się na refleksje, że kiedyś to był black metal, a teraz to tylko jakieś zamaskowane pajace w kapturach. I – czym pewnie nie przypodobam się zwłaszcza starszym sierściuchom – paradoksalnie jakoś bardziej przemawia do mnie współczesne oblicze tej muzyki. Okej, może i z reguły mniej pierwotne, mniej bluźniercze, ale też najczęściej zdecydowanie mniej groteskowe i przede wszystkim bardziej dojrzałe muzycznie. Rzecz jasna, jak wszystko, także i to jest sporym uproszczeniem, a sam temat można by drążyć i drążyć… W każdym razie lubię pewne eksperymentatorskie zapędy, lubię zespoły poszukujące, próbujące rzeźbić choćby i w najbardziej śmierdzącym gównie, byleby tylko miało z tego powstać coś ciekawego. Główną bolączką większości tych grup jest to, że świetne pomysły przetykają rozwiązaniami wziętymi wiadomo skąd, przez co obcowanie z ich twórczością to nierzadko naprzemienne stany zachwytu i rozwolnienia. Mimo to, jak już wspomniałem, doceniam te zespoły. Teoretycznie powinienem więc docenić także i Laster.

Wizerunkowo Holendrzy nawiązują w pewnym sensie do Terra Tenebrosa, pewne podobieństwa są też wyczuwalne w ich brzmieniu. O ile jednak  szwedzki projekt dość radykalnie zanurza się w schizofrenicznym mroku, tak Laster balansuje raczej na krawędzi lekkiej psychodelii i tworów, które zwykło opisywać się jako „atmospheric black metal”. Wyróżnia ich jednak zdecydowanie progresywny charakter i opisywana we wstępie natura poszukiwaczy, przez co – zamiast kopiować utarte schematy – decydują się czasem na całkiem interesujące wycieczki. Fajnie to wygląda zwłaszcza w utworze tytułowym, gdzie muzycy przyprawiają swoją twórczość szczyptą DSBM. Z drugiej strony, czasem te piosenki (w przypadku „Ons Vrije Fatum” to wcale dość fortunne określenie) brną w zbyt oczywiste rejony – jak w „De Roes Na” czy „Er Wordt Op Mij Gewacht”, które oprócz jakby teatralnych, nieco podniosłych refrenów nie mają zbyt wiele do zaoferowania.Band

Z pewnością uwagę przykuwa dość specyficzne, bardzo zamglone i niezbyt sterylne brzmienie albumu. Warto też podkreślić niezłe partie wokalne, nadające muzyce nieco pożądanego, chorego charakteru, a także z pewnością zwiekszające ciężar gatunkowy. To własnie wtedy, gdy Laster brzmi najbardziej agresywnie i szalenie, brzmi też najlepiej. Wszelkiego rodzaju pitu-pitu na klawiszach, zwolnienia, refreniki, chórki i inne pierdółki miast urozmaicać i dodawać smaku, raczej wyhamowują „Ons Vrije Farum”. Okej, może i podbijają swoistą chwytliwość (jednak w większości te melodie mają coś jakby przebojowy charakter), ale przede wszystkim zabijają psychodeliczny pierwiastek. Krótko mówiąc, nie są jakoś szczególnie potrzebne.

„Ons Vrije Fatum” ma zatem wszystkie cechy – zarówno te dobre, jak i złe – którymi charakteryzuje się większość black metalowych zespołów z przedrostkiem „avantgarde”. Nie sądzę zatem, żeby ten album szczególnie się przebił i żeby zawojował roczne podsumowania. Mimo to, tak, teoretycznie doceniam.

Michał Fryga

Cztery