LASH OUT – The Judas Breed (Get By Recs.)

Podróże w przeszłość, sentymentalne czy nie, mają to do siebie, że wiąże się z nimi pewne ryzyko. Czasem sięgając po rzeczy z muzycznego lamusa  sprawiamy, że odżywają w nas naprawdę fajne wspomnienia, a pewne płyty stają się swoistą ścieżką dźwiękową do minionego czasu, która do dziś zachowuje wartość. Często jednak, pomimo naszych szczerych chęci, nie potrafimy wykrzesać ze starych nagrań żaru, jakim emanowały przed laty. Taką lekko objazdową podróżą w czasie jest wydana niedawno kompilacja nagrań norweskiego Lash Out. Mimo kilku słabszych momentów wydaje się wyprawą wartościową i potrzebną.

Pochodząca z Molde grupa istniała w okresie od 1992 do 1998 r. i jako jedna z pierwszych w europejskich szerokościach geograficznych parała się eklektycznym mieszaniem hardcore’owych pierwocin z odważnie eksponowanymi elementami ekstremalnego metalu. „The Judas Breed” to prawie kompletna dyskografia Lash Out zebrana na dwóch krążkach. Prawie, bo zabrakło tu kapitalnego pełnowartościowego debiutu „What Absence Yields” z 1995 r. Nie wiem, jakie rozumowanie stało za takim a nie innym doborem materiału na wydawnictwo, tym bardziej, że chyba żadnego z dokonań nie sposób dziś zdobyć na oryginalnym nośniku. Niemniej nawet w obliczu wspomnianego braku zawartość tego elegancko wydanego digipacka prezentuje się co najmniej interesująco.

Na pierwszy dysk trafiło dziewiętnaście kompozycji z lat 1992 – 1995, a wśród nich przede wszystkim kultowy EP „Worn Path”, którego wydanie w 1993 r. było w działalności zespołu przełomem i wyniosło go do rangi jednego z bardziej postępowych na europejskiej scenie. Te pięć utworów do dziś przygniata swym ciężarem, intryguje mrokiem i melancholią. Utrzymane w średnich i wolnych tempach, niemal toczące się „Evening Shade” i „Unshield” kryją pośród dość oszczędnych i surowych riffów jakiś bliżej niescharakteryzowany niepokój. Kolejnym elementem firmowym ówczesnego stylu Lash Out były często pojawiające się akustyczne pasaże, świetnie podkreślające jego mistycyzm. Nie braknie też numerów spokojniejszych, acz wciąż wpisujących się w dość ponurą atmosferę, czego przykładem jest zaśpiewany czystym głosem balladowy „Spineless”. W dalszej części krążka mamy m.in. zapowiedzi melodyjnych odjazdów, rozwiniętych w pełni na „What Absence Yields” („Caress of Solitude”, „Reality”), a także bardzo wyraźnie ujawniające punkrockowe korzenie formacji piosenki z MCD „The Darkest Hour”.

Krążek numer dwa zastaje Norwegów po przetasowaniach kadrowych (za mikrofonem Andy LaPlegua, znany dziś m.in. z Combichrist) i zasadniczo odmienionych stylistycznie. Jego program to przede wszystkim pochodzący z 1998 r., niewydany dotąd drugi długogrający album zatytułowany właśnie „The Judas Breed”. Kto był pod wrażeniem „Worn Path” i debiutanckiego LP może mieć problemy z zaakceptowaniem drogi rozwoju, jaka została tu obrana. Proste w strukturach, szybkie i niemal zupełnie pozbawione subtelności numery nie dobijają nawet do 3 minut, za wyjątkiem uwieńczonego fortepianową codą „Cubical”. Czasem znajdą się rodzynki pokroju lekko zalatującego Crowbar „Overdrive Insanity”, lecz są to jedynie krótkie przebłyski w monolitycznej formule całości. Poza właściwym materiałem z „The Judas Breed” znajdziemy tu także kawałki z sesji nagraniowej siedmiocalówki „The Unloved & Hated”, zarówno te opublikowane, jak i pozycje przechowywane dotąd w szufladzie.

Parę słów o wydaniu. Gromkie brawa należą się Get By Records za opakowanie obu płyt w tak gustowne pudełko. Nasz krajowy label najwidoczniej miał świadomość wagi tych nagrań i oprawił je tak, jak na to zasługiwały. Miła dla oka rycinowa konwencja zestawiona została w grubej książeczce z archiwalnymi zdjęciami z koncertów oraz tekstami wszystkich kawałków. Można zatem poczuć atmosferę tamtych czasów nie tylko za pomocą dźwięków. A te, choć pokryte już lekką patyną, po latach wciąż robią wrażenie.

Cyprian Łakomy —