LAO CHE – Soundtrack (Mystic Prod.)

Lubię płyty, o których nie da się nic sensownego powiedzieć. Tak jak o „Soundtracku” Lao Che. Trudno pisać o muzyce, która w gruncie rzeczy jest z jednej strony eksperymentem a z drugiej wyskokiem niesfornych chłopców. Lao Che najwyraźniej nadal bawi się w odbrązowianie siebie po „Powstaniu Warszawskim”. Jest to jednocześnie płyta ciekawsza od „Prądu Stałego/Prądu Zmiennego”. Ciekawsza, bo zasadniczo niedookreślona…

Pomijam w tym miejscu bajania zespołu o mitycznej ekipie filmowej, która chciała nakręcić do muzyki Lao Che film. To, że nie wyszło, składam raczej na karb zespołowej wyobraźni, choć oczywiście, może faktycznie miał być „Soundtrack” ścieżką dźwiękową jakiego obrazu, kto wie? Muzyka zawarta na tej płycie idealnie nadaje się do Violence, bo nie zawiera nawet grama rocka, metalu i grind core’a. Zapewne ktoś uzna, że włażę komuś tą recenzją w dupę. Jeśli tak jest, znaczy że odniosłem sukces, co nie zmienia faktu, że opinie postronnych nie mają dla mnie znaczenia. Podobnie jest z Lao Che – nie sądzę, by choć przez sekundę pomyśleli o reakcji publiczności na ich nowe dzieło. Reakcja tzw. branży jest prawidłowa, czyli ostrożna. Każdy pisze, jakby bał się powiedzieć prawdę, urazić wydawcę albo narazić się na wpierdol, jaki mógłby „spuścić” Spięty.

„Soundtrack” to wybryk. Wybryk, bo zespół sprowadził swoją nową muzykę do dwóch elementów – rytmu i słowa. To właśnie na nich opiera się środek ciężkości krążka a cała reszta, złożona w dużej mierze z sampli, to dodatek, gdzieś tam mający pewnie zrekompensować ew. niedostatki. Materiał brzmi przy tym jakby produkował go nie kto inny jak sam Marcin „wytnij gitary” Bors. Nie, nie śmieję się z dokonań tegoż uznanego i sympatycznego pana, po prostu koncepcyjnie tak to właśnie wygląda. Eksperyment, który Lao Che prowadzi przez trans, hip – hop, trip – hop, minimal techno i jakieś drobne zabawy z hałasem musiał wiązać się z ryzykiem. Mam wrażenie, że gdyby nie „Powstanie Warszawskie”, które zrobiło z Lao Che zespół w pewnym sensie nietykalny, dużo większe grono osób wieszałoby na tej płycie psy. Dlaczego? Bo nie da się z niej wykroić singla tudzież bardziej przebojowego tematu a połączenie dziwnych i drażniących pomysłów lirycznych z oszczędnymi strukturami muzycznymi jest trudne do zaakceptowania.

Skoro przy tekstach jesteśmy – Spięty porusza się w symbolicznej przestrzeni, racząc nas przemyśleniami, które w sumie są ważniejsze od muzyki: „Rzuciłem palenie i kościół też. Do pierwszego czasem wracam, do drugiego – nie” (Dym), czy mój ulubiony fragment z „Jestem Psem” – „Patrzę jak patrzysz na półkę z książkami i ważysz, co sięgnąć, drogę do zbawienia czy przetwory z warzyw”. Specyficznie brzmi także swoista deklaracja niezłomności w „Govindam” – „Nie jeden żołdak szaniec we mnie dłubał nie jeden klecha trumnę w bok mi wsuwał. Nie jeden mnie dzielił granicą na pół Nie jeden mi koło tu śmiecił i psuł”. Takich metafor jest tu bez liku – drażnią i prowokują do myślenia, wyeksponowane przez muzyczny minimalizm. Choć z drugiej strony, może są one takim samym wybrykiem jak muzyka?

Po „Soundtracku” zespół wreszcie odetchnął – teraz mogą nagrać cokolwiek – pierdnięcia, gabba techno albo death metal, nikt nie będzie się dziwił.  Choć jak znam przewrotną naturę tych muzykantów, spodziewać się można nawet konceptu opartego na wydarzeniach „smoleńskich”. Tylko kto wtedy będzie wręczał im medale?

Arek Lerch