LAIKIKE1/SOULPETE – Postacie fikcyjne (SoRaw Records)

To nie jest żadna tajemnica, że stara szkoła rapu to w Polsce domena podziemia. Kto inny wyprzedaje duże kluby, kto inny okupuje wysokie miejsca list sprzedaży i ma szansę zaistnieć w mainstreamowych mediach. Wszystko to przyjmujemy jako naturalny stan rzeczy, bo i przystępność newschoolu, zarówno piosenkowością, jak i samym brzmieniem pchająca go w stronę popu, w klasycznym podejściu do rapu nie znajduje żadnej konkurencji. Po odwróceniu równania dostrzegamy jednak, że parający się klasyką zgarniają dzisiaj nawet nie mniejszy kawałek tortu, a zupełne okruchy. W tym miejscu dochodzimy do „Postaci fikcyjnych”, czyli płyty, która, choć nie ma szans zatrząść zastanym porządkiem, pokazuje, że stara szkoła ma do zaproponowania coś więcej, niż archaiczne nawijki na słabo wyprodukowanych bębnach.

Bo kto tak naprawdę dzierży jeszcze pochodnię? Jest Gruby Mielzky, Bonson, Te-tris – ten nieco w rozkroku –  jest Łona, od biedy także Eripe czy Bisz (B.O.K.). Wymieniłem ksywki, które unikają flirtów z nowoczesnymi środkami wyrazu, mniej lub bardziej dosłownie manifestując przy tym przywiązanie do tradycji, a przy tym… takie, które rzeczywiście coś na scenie znaczą i przy sprzyjających wiatrach potrafią narobić zamieszania, nawet ponad podziałami. Liczę ich na palcach jednej, góra dwóch rąk. Co czyni ich wyjątkami? Charyzma? Technika? Konsekwencja? Mówienie o prostych sprawach w nie tak znów prosty sposób? Jakkolwiek nie brzmiałaby odpowiedź, faktem jest, że truskul ma dzisiaj ich twarze, a zarazem oblicza te nie są w żaden sposób dla truskulu reprezentatywne. Ilościowo dominują raperzy zastygli w pierwszej dekadzie wieku, dominują koncerty grane dla trzydziestu osób i płyty z kilkoma tysiącami wyświetleń. Podkłady spod znaku „dzwonił rok 2008, chce z powrotem swój bit”, kiepskie produkcje, wyżęte z oryginalności wersy. Underground to scena w scenie, zamknięty obieg, rzecz robiona przez fanatyków dla fanatyków. Żyje swoim życiem, w pewnym sensie spełniając swoją rolę, jeśli za taką uznać podtrzymywanie pamięci o potędze, która minęła, i to minęła bezpowrotnie. Jeżeli jednak upatrywać w nim okna na świat dla ludzi, którzy, wychodząc od klasycznych podstaw, mieliby wnieść w polski rap nową jakość, podziemie przegrywa. Okno jest zamknięte, zaryglowane, z definicji najbezpieczniej jest nawet się do niego nie zbliżać. Materia krąży w dwóch osobnych obiegach, podziały się pogłębiają. Scena dwóch prędkości.

Laik i Soulpete to żadne nadzieje podziemia; w szerszej świadomości obecni od wielu lat, nawet, jeżeli nie eksperymentują ze środkami wyrazu, to unikają archaizmu, o którym wspominałem wcześniej, co rusz podgryzając temat klasyki od innej strony. Lubelski producent zdaje się być na fali wznoszącej – kwitnie label SoRaw, po dobrze przyjętej płycie z amerykańskim MC Hezekiahem nadeszły „Postacie fikcyjne”, a w kolejce czekają: ep-ka z Te-trisem i Bonsoul część czwarta. Odnoszę wrażenie, że Soulpete stoi u progu większej rozpoznawalności; ta nie przyjdzie jednak nagle, nie w postaci jednej, przełomowej płyty. To będzie raczej kolejny szczebel na drabinie małych kroków. Nieco inaczej ma się sprawa z Laikiem, który na dobre wpisał się w krajobraz sceny takim, jaki jest, z całym swoim talentem, z trochę cynicznym, leniwym podejściem do robienia muzyki, oraz ciągotkami do słownych przepychanek. Tutaj ciężko wyobrazić sobie jakiekolwiek zmiany czy kontrakt płytowy; raper jest sumą narosłych przyzwyczajeń, obustronnych uprzedzeń i niemożliwych do przeskoczenia barier. Najbliżej głównego nurtu panowie znaleźli się po wydaniu debiutu Almost Famous i – przynajmniej w przypadku Laika, nie licząc kolejnych ewentualnych płyt AF – to już się nie zmieni. Na pewno nie zmienią tego „Postacie fikcyjne”, nawet nie dlatego, że stanowią okopanie się na znanych pozycjach, bo… nie stanowią. Po prostu brak tej ep-ce potencjału komercyjnego; jest dość trudna, zagmatwana w swojej treści. Soul

Okazuje się bowiem, że Laik, kiedy akurat nie strzela po ksywach, wciąż robi wartościowe, wymagające rzeczy, pozostając przy tym jednym z najsprawniejszych w Polsce storytellerów. W ogóle „Postacie fikcyjne” uświadomiły mi, jak wielka posucha zapanowała u nas w ostatnim czasie, jeżeli chodzi o płyty „koncepcyjne”. Jakiś czas temu pojawiło się „Ukryte w śniegu” Bisza, był to jednak krążek po pierwsze oparty na bitach z recyklingu, po drugie – spójny bardziej w atmosferze, niż w słowach. Laik, tymczasem, proponuje słuchaczowi dramat w pięciu aktach. Występują: płatny morderca, jego antagonista, kobieta, ten, który pociąga za sznurki, oraz przypadkowi przechodnie. Wraz z upływem minut okazuje się, że role nie są przypisane raz na zawsze, i tak: ścigający staje się ściganym, kobieta – kotem, pociągający za sznurki – kolejnym pionkiem w grze. Całość klimatem przywodzi na myśl ni to łotrzykowski, ni elegancki sznyt „Ballady o pewnej panience” Twardocha. Bliźniaczo podobne jest to rozmycie pomiędzy legalnym interesem, a zbrodnią; podobna pewność, jaką daje trzymana w ręku spluwa, i podobny tej pewności upadek, kiedy jasnym staje się, że uczuć zastrzelić nie sposób. Potrzebowałem dziesięciu podejść do tej płyty, by jakoś oswoić opowiadaną historię, i kolejnych dziesięciu, by stwierdzić, że nic z niej nie rozumiem. Laik daje nam nie tyle pięć świetnych numerów, co zagadkę do rozwikłania; nie barwi każdego wersu metaforami o lotności Młodego Pi, natomiast gmatwa sprawę na dłuższych odcinkach. Wszystko w typowym dla siebie stylu, bo przecież naprawdę dobrze się tego słucha, a cała złożoność historii w najmniejszym stopniu nie zakłóca odbioru „Postaci fikcyjnych” na poziomie mocno bujających, dobrze nawiniętych numerów. Wszystko to zwieńczone bogatą, bardzo organiczną, amerykańską w duchu produkcją Soulpete’a. Klasa.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Soulpete

Pięć