L.STADT – You Gotta Move (Mystic Prod.)

Był taki okres w muzycznej historii tego kraju, kiedy główną promocję kultury poza polskimi granicami robiły zespoły mniej lub bardziej jawnie czczące rogatego. Oczywiście, nikt tego nie próbował nagłaśniać, bo to przecież samo zło było. O dziwo, dzisiaj, kiedy to zespoły alternatywne i rockowe robią tu i ówdzie całkiem niezły szum, też nikt o tym – poza niektórymi mediami muzycznymi – nie mówi. Głośno było jedynie o w sumie nieudanych próbach podbicia zachodu przez Myslovitz. Piszę o tym, bo przypadek L.Stadt potwierdza moją wiarę w polską, niezależną rockową scenę. Już nie musimy się wstydzić, że wozimy drewno do lasu. Kto nie wierzy, niech słucha „You Gotta Move”.

W sumie to tylko ep – ka, w dodatku z kowerami, jednak poziom i klasa z jaką łodzianie wykonali swoją robotę, budzi szacunek. Zespół ma na koncie dwie płyty długogrające, które ujawniły talent do komponowania niejednoznacznych numerów, zabawy aranżacjami i brzmieniem, nie ulega jednak wątpliwości, że rządzi tu rasa muzyków i głos Łukasza Lacha. Głos, którego zazdrościć może każdy wokalista. Od Warszawy po Toronto. Choć i w stolicy i w Toroncie pewnie dużo jest fajnych krzykaczy.

Pierwszy powód szacunku – dobór numerów. Nie znajdziecie tu sztandarowych kowersongów w rodzaju „Hey Joe” czy „Smells Like Teen Spirit”. Zespół unika naczelnego błędu polskich rockmanów, uważających, że trza grać to co lud lubi. Na warsztat poszły zatem kompozycje Roy’a Orbisona, Jima Sullivana, Townes’a Van Zandta czy panów Freda Hellermana i Frakna Minkoffa. Mało przewidywalny zestaw, country/folkowe numery z wyczuciem zaadaptowane i wykonane. Żeby było jeszcze ciekawiej – nagrania zostały dokonane w Texasie, zresztą, zespół całkiem często grywa za wielką wodą i raczej nie w klubach polonijnych.

Dostajemy zatem brzmiące nieco radiohead’owo „Waiting ’round to Die” i „U.F.O”, głęboki, melancholijnie nastrajający duet z Anią Dąbrowską w „Leather and Lace”, vintage’owo spogłosowany, lekko swingujący „Take Care” i przestrzenny „Come Away Melinda”. Muzyka została przestrzennie zaaranżowana, bliższa balladzie niż rockowemu uderzeniu. Słychać w tych dźwiękach fascynację starymi wykonawcami, zakurzonym retro brzmieniem. Podobać się może maniera L.Stadt, który zamiast udowadniać, że grać potrafi, bardzo oszczędnie dawkuje swoje pomysły, pozwalając wybrzmieć melodiom i skupia się na celebrowaniu muzyki. Ta lekkość, może nawet kontrolowana niechlujność wykonania sprawiają, że wypada  w swoich interpretacjach niezwykle autentycznie. Nie ma szans, by usłyszeć tu jakąś fałszywą nutę, spięcie czy chęć „pokazania się”. Prędzej znajdziemy brytyjską blazę, sytuującą Polaków blisko współczesnej, wyspiarskiej sceny indie rockowej.

„You Gotta Move” narobiło mi okrutnego smaka na nową płytę, bo jeśli własne kompozycje potraktują z taką samą nonszalancją, będziemy mieli do czynienia z dużym wydarzeniem. Tu i ówdzie słyszy/czyta się o tym, że L.Stadt to najlepszy krajowy zespół rockowy. Nazwę to inaczej – to jeden z lepszych wykonawców europejskich. Zobaczymy, czy  uda im się udźwignąć ciężar tych peanów.

Arek Lerch

Pięć