KYLESA – Ultraviolet (Season of Mist)

W okolicach 2005-2006 roku Kylesa była jedną z wielu kapel kryjących się w cieniu Mastodon. W przeciągu kilku lat sytuacja zmieniła się do tego stopnia, że aktywnością i produktywnością Kylesa prześcignęła kolegów z Atlanty, tworząc swoje łatwo rozpoznawalne brzmienie, proponując coś nowego i oryginalnego. Popularność na szerszą skalę przyszła w 2009 roku wraz z czwartym albumem „Static Tensions”. Zaraz po nim ukazał się równie kapitalny „Spiral Shadow”. Ze względu na niezwykle intensywne trasy koncertowe na szóstą płytę trzeba było poczekać trzy lata.

„Ultraviolet” to najbardziej dojrzały materiał w dyskografii Południowców ze stanu Georgia. Jednocześnie najbardziej stonowany, wyważony i klasyczny w swojej hardrockowej formie. Brudne, przesterowane brzmienie charakterystyczne dla nurtu sludge/southern, którego Kylesa jest reprezentantem nie ulotniło się, ale przeszło swego rodzaju metamorfozę. Kylesa rośnie i przeobraża się, stając się jednym z najważniejszych zespołów ostatnich lat. Kwintet pochodzący z Savannah kieruje się jedną z nieśmiertelnych zasad: czterdzieści minut to idealna długość heavymetalowego albumu, tyle mieści się na płycie analogowej, tyle mają wszystkie klasyki wydane w erze przedkompaktowej. Zgodnie z tą zasadą „Ultraviolet”, jak również poprzednie pięć nagrań Kylesa, zamyka się w czterdziestu minutach. Album jest spójny, dynamiczny, nie przegadany, trzymający w napięciu. Ewolucja polega na tym, że numery na wczesnych płytach „To Walk a Middle Course” czy „Time Will Fuse Its Worth” były naładowane przeróżnymi riffami i pomysłami. Kylesa na „Spiral Shadow” czy właśnie „Ultraviolet” skupia się na prostszych motywach, szuka dwóch-trzech przewodnich riffów i na nich opiera swoje kompozycje. W związku z tym kawałki są bardziej kompletne, łatwiej wpadają w ucho i po prostu na dłużej zapadają w pamięć.

Wywodząca się z klimatów crust punk kapela w swojej kilkunastoletniej działalności znalazła genialny sposób na połączenie ciężkiego, podziemnego brzmienia z klasycznymi hardrockowymi czy grunge’owymi patentami. Motoryczne granie budowane na surowych i organicznych riffach, gęstej perkusji oraz melodiach przywodzących na myśl zimną falę to kwintesencja stylu zespołu.

Jazda z „Ultraviolet” zaczyna się od ciężko człapiącego „Exhale”. Następny „Unspoken”, także w średnim tempie, to świetnie zaaranżowany numer, jeden z najlepszych w dyskografii zespołu. Oparty na klasycznym riffie „Grounded”, mroczny „We’re Taking This”, wypełniony ciekawymi partiami perkusyjnymi „Long Gone” czy szybsze „What Does It Take” oraz „Vulture’s Landing” to kawałki równie udane. Atmosferyczny „Steady Breakdown” to najbardziej stonowany moment albumu, „Low Tide” zaś najbardziej melodyjny i zarazem wpadający w ucho fragment. Płytę zamykają przypominający The Smashing Pumpkins „Quicksand” oraz melancholijny „Drifting”.  Wszystkie poprzednie nagrania Kylesa były rewelacyjne, ale tym razem kapela nagrała album będący zdecydowanie numerem jeden. „Ultraviolet” przestaje kręcić się w odtwarzaczu a słuchać chce się dalej…

Adam Drzewucki

Pięć