KYLESA – Spiral Shadow (Season Of Mist)

Rockersom z Savannah udało się wsadzić kij w mrowisko. Nie wiem, czy tylko polskie (bo tu faktycznie mrówki są kurewsko zajadłe…) ale na pewno wzbudzają swoją nową produkcją szeroki, nie zawsze pozytywny odzew. Zespół się zmienia, malkontenci nie, ale faktycznie, jeśli ktoś lubił dotychczasowe wyziewy sludge metalowców z Ameryki, może się troszkę zdziwić.

Kylesa to zespół wyjątkowy, głównie za sprawą użycia dwóch zestawów perkusyjnych i wytrwałego nadawania sludge’owej rzezi artystycznego sznytu. Szczyt osiągnęli na „Static Tensions” i teraz, jak zwykle w takich przypadkach, konia z rzędem temu, kto zawyrokuje, co zespół ma robić dalej?! Kalka poprzedniej płyty? Radykalna zmiana kierunku? Ciężej? Głośniej? A może rozwiązać zespół? Każda z opcji będzie miała swoich przeciwników i zwolenników. Zespół wybrał opcję zmian i w takim temacie przygotował nową płytę. „Spiral Shadow” to krążek inny, ciekawy, lekko zdystansowany i zdecydowanie lżejszy od dotychczasowej propozycji Amerykanów. Czy to znaczy, że gorszy? Takie opinie już krążą tu i ówdzie a jeśli chodzi o wnioski niżej podpisanego, są one bliższe entuzjazmu niż krytyki. Bo przyznam się bez bicia, że „Spirala” weszła mi bezboleśnie i z niejakim zaskoczeniem skonstatowałem, że wracam do niej częściej niż do uwielbianego jeszcze niedawno „Static Tensions”. Być może dlatego, że lekkie odchudzenie brzmienia wyeksponowało niemal taneczny aspekt muzyki zespołu? To właśnie nakręcająca rytmika płyty bardzo mnie pobudza. Fakt, że tym razem dwa zestawy są bardzo symbiotycznie zgrane, przez co tylko w niektórych momentach słychać pewne dualizmy. To jednak tylko część prawdy o płycie. Bo jej historię piszą rewelacyjnie zaaranżowane partie gitarowe, które prowadzą ze słuchaczem fajne dialogi, od ponurych, doom’owych pasaży po niemal post rockowe poszukiwania. Zapewne to właśnie z powodu tych ostatnich zespół zostanie odsądzony od czci i wiary. Ale takie urozmaicenia znakomicie wpływają na kondycję grupy, zaskakują i cieszą, bo dzięki nim muzyka skrzy się zdecydowanie większą feerią barw niż bywało to przed laty. To, że słychać tu harmoniczne nawiązania do Fugazi, że dystorcje w spokojniejszych momentach kojarzą się z Sonic Youth to także miła odmiana. Jednak, żeby było jasne, zespół nadal potrafi przywalić, gustuje w ciężarach i przesterowanych brzmieniach, także basowych. Szczytowaniem jest zapewne utwór tytułowy, co   wzbudzi wkurzenie ortodoksów, bo właśnie w nim Kylesa wyraźnie zdefiniowała charakter płyty. Bardzo spokojne, przestrzenne pasaże, duży udział wokalny Laury i rozbudowana aranżacja stawiają grupę w kręgu poszukiwaczy dowodzonych przez Mastodon. Czy jednak jest to tylko podążanie za jakąś modą? Cała płyta jest dla mnie kompetentną, zamkniętą całością i nawet jeśli przyjąć, że Kylesa odchodzi od stylu, który sama zbudowała, to chyba najwyższy, kurczę, czas pozwolić zespołowi na poszukiwania i formalny rozwój. Denerwujące utyskiwania tych wszystkich, którzy chcieliby zespół zatopić w formalinie pozostawiam na marginesie, bo nawet nie chce mi się z nimi dyskutować. Kylesa postanowiła brzmieć bardziej przebojowo – super, jestem całym sercem z nimi. A wszystkim, którzy płaczą za prawdziwym ciężarem, polecam nowe dzieło Cough. Puszczajcie sobie do woli i tak głośno, że ogłuchniecie…

Arek Lerch 6