KVELERTAK – Kvelertak (Indie Recordings)

Kvelertak to jedno z małych objawień ostatnich miesięcy i kto był na ich jedynym koncercie w Polsce, ten wie, że potwierdzają swoją klasę w całej rozciągłości.

Muzycznie prezentują dźwięki, które już dawno powinny były zgnić w grobie a jednak jakoś żyją i mają się świetnie. Weźmy szczyptę, no może trochę więcej rock’n’rolla, dodajmy do niego szwedzki metal, trochę rocka i zadziornych melodii wyzierających zza krzykliwych wokali. Do tego bezpretensjonalne aranżacje, stawiające raczej na prostotę i wyrazistość niż jakieś wyrafinowanie. Fajnie zmiany klimatu – od metalowych nawalanek do rockowego blamażu w „Fossegrim”. Proste hymny w rodzaju „Blodtorst” i już wiem, że na niejednej metalowej imprezie kufle pójdą w górę w takt przebojów z tej płyty. Nie ma tu jednak zbyt dużej ilości typowej dla gatunku i niezbyt lubianej przeze mnie rubaszności. Raczej bardziej amerykańskie podejście do rzeczy, skandynawski luz i muzyka, która powstała gdzieś na przecięciu „Uprising”, niemal zeppelinowskiej ulotności (wspomniany już „Blodtorst”) i wzmocnionego procentami Backyard Babies. Ortodoksyjny wokal dodaje muzyce uroku, im bardziej w głąb płyty, tym więcej rocka, znakomitych riffów i aż strach pomyśleć, co będzie dalej… Z tej płyty tryska życie, radość i bezpretensjonalność. Kiedy pierwszy raz usłyszałem zespół, stwierdziłem, że  to właśnie oni mają największą szansę, by tchnąć nowy dech w coraz bardziej skostniałą, neo – rockową scenę. Rewolucji nie czynią, ale laski będą im jeść z ręki. Kvelertak nie jest ideologicznie nastawiony, nie chce nikogo reformować ani głosić szumnych haseł. Może właśnie, żeby zrobić DOBRĄ muzykę trzeba wyrzucić z mózgu wszystkie zakusy, premedytację, dać się ponieść emocjom? Banalne? Ależ ta płyta taka właśnie jest. Genialnie, zaraźliwie melodyjna, nie pozostawiająca nikogo obojętnym. Z jednej strony bardzo koncertowa, ale mająca też trochę ukrytych smaczków. Kiedy trzeba masywna, kiedy indziej chamsko przebojowa (np. „Sultans of Satan”). Idealne antidotum na wiejącą ostatnimi czasy nudę w temacie death’n’rocka i zalewającą wszystko psychodeliczno – doom’ową awangardę, która, owszem, jest fajna, ale od czasu do czasu, żeby dobrze zasnąć, muszę posłuchać takiej płyty jak „Kvelertak”. W oczekiwaniu na nowy – miejmy nadzieję, że genialny – krążek Entombed, rzecz godna więcej niż tylko naszej uwagi.

Arek Lerch

Sześć