KURHAN – Głód (Arachnophobia Records)

„Je to cnota nad cnotami – dzierżeć jynzyk za zymbami” – taką mądrość przekazuje pewne śląskie powiedzenie. Ja się jednak do niego nie dostosuję, bo zaś dostałam fanga w gymba, a zęby leżą na ziemi. Zupełnie tak, jak na okładce płyty, o której będzie mowa. Wracam na Śląsk, ponieważ przyszedł czas, aby zmierzyć się z kolejną hordą, którą na swym czarnym łonie wyhodowała tamtejsza (twórczo) żyzna gleba, usypując Kurhan. Ol’schoolowa mieszanka black, death, thrash chłoszcze i poniewiera, aż… (paradoksalnie) miło. Głodni? To bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, albowiem Arachnophobia częstuje kolejnym debiutem. Tym razem takim, który miłośników współczesnych trendów pozdrawia środkowym palcem, a maniaków siarczystych, gęstych riffów i galopujących temp z pewnością nasyci. Smacznego.

Debiut? Oficjalnie tak, choć każdy kto miał z zespołem styczność przy okazji wcześniejszego „dema”, doskonale wie, że zawartość „Celu”, raptem niecałą minutę krótszą od zawartości „Głodu”, śmiało można by uznać za pełnowartościowy posiłek, tfu!… album. Ale zwał, jak zwał. Mówią, że debiut, to niechaj tak będzie.

Jak to rzekł Jerzy Killer; „twardym trzeba być, a nie miętkim”. Tak właśnie trzeba. Dlatego zamiast nakryć głowę dłońmi i przykucnąć w kącie, pomimo obolałej żuchwy prostuję kark, żeby świadomie przyjąć kolejny cios wypływający z głośników w postaci debiutu śląskiego Kurhan. Nie skłamię, jeśli przyznam, że pierwsze obcowanie z tym albumem było niemal fizycznie bolesne. Zaznajomiona z zawartością wspomnianego już dema, odpalając najnowszy krążek kapeli spodziewałam się mocnego, ale niezbyt rzeźniczego łojenia, urozmaiconego a to solóweczką, a to jakimś wolniejszym patencikiem, a to delikatnie chwytliwym riffem, bo tak właśnie grali na (skądinąd bardzo dobrym) „Celu”, który określany był (względnie trafnie) jako mieszanka heavy/prog/black metalu. Obstawiałam więc, że w tym mniej więcej kierunku, podążą Ślązacy w swojej dalszej, muzycznej pielgrzymce.

Błąd. „Głód”, ku mojemu zdziwieniu, objawia dźwięki znacznie bardziej brutalne i surowe, które na pierwszy rzut… ucha mogą trochę przytłoczyć, przygnieść ciężarem i brakiem jakichkolwiek kompromisów. Na pierwszy rzut, bo z tą płytą jest trochę tak, jak gorącym woskiem na ciele, lub z wykręcaniem sutków. Jest to bolesne, ale przy odpowiednim nastroju i choć minimalnych sadystycznych skłonnościach, z każdym kolejnym odsłuchem ból ten przemienia się w specyficzną, a dzięki temu zapamiętywalną przyjemność. Zimne, tnące, black’owe riffy, jakby żywcem wydarte z norweskich mogił; szaleńczy, brutalny, perkusyjny galop; thrashowa agresja i deathmetalowy ciężar – są to główne składniki tego muzycznego miszmaszu…

Czynnikiem, który bez wątpienia przemawia za tym, iż nie jest to krążek, z którym odbiorca oswoi się po jednorazowym odsłuchu, jest brak schematyczności. Kawałki, mimo że trwają średnio po niespełna 5 minut, są gęste od różnorodnych, smakowitych riffów i zmian tempa (oczywiście o walcowatych rytmach nie ma tu mowy, a zmiany oscylują wokół szybkich, ultraszybkich i takich o częstotliwości MG 42). Więc jeśli lubicie piosenki pisane według przykładowego schematu: riff1 zwrotka, riff2, coś tam jakby refren, przeszkadzajka, riff1, riff2, coś tam jakby refren – to tam (wskazuję palcem najbliższe wrota w zasięgu Twojego wzroku, drogi czytelniku) są drzwi. Dwa pierwsze utwory („Porządek” i „Katedra”) wręcz pędzą na złamanie karku (nie, nie swojego, prędzej słuchacza), dopiero tytułowy „Głód” przynosi kilkusekundowe chwile wytchnienia, a im dalej w las, tym gęściej i bardziej różnorodnie. Niemalże „transowym”, bo właśnie z powtarzanym wielokrotnie (bdb, chyba najbardziej „leśnym”) riffem, a zarazem najwolniejszym kawałkiem jest „Czas”. Owa gęstość, masywność, ciężar ozdobiony wypluwanymi nienawistnie wersami tekstu, nie opuszcza nas aż po sam „Koniec”.kurhan-band-photo_01

Muzycznie Kurhan prezentuje się właśnie tak – ol’schoolowo, bezkompromisowo i gęsto. Z łatwością łącząc skandynawski chłód z powiewem brutalnej wściekłości wprost zza oceanu. Jednak nie mniej ważnym elementem tej mieszanki zdaje się być także niebanalna warstwa tekstowa, która jest po trosze kontynuacją myśli zawartej na „Celu”. Nie sądziłam, że o wszechobecnym bezsensie można pisać (a później krzyczeć) tak sensownie. Polskie teksty (a wiadomo, że nasz piękny język wcale łatwym tworzywem nie jest) prezentują się całkiem dobrze(choć niektóre słowa trzeba odbierać na zasadach licentia poetica). Bogata symbolika, mnogość motywów, abstrakcyjne pojęcia i mieszanka wyszukanego słownictwa z mową potoczną, nadają lirykom filozoficzny wydźwięk, nie odbierając przy tym mocy. Całościowo można je rozumieć jako próbę rozliczenia z sensu (czy raczej bezsensu) doczesności, która galopuje bez wytchnienia, zupełnie tak, jak muzyka Kurhanu przez te niespełna 38 minut. Teksty pośrednio obrazują tytułowy „Głód”, bardziej w meta- niż fizycznym wydźwięku. Głód zrozumienia otaczającej nas iluzji, a kluczem do tego „zrozumienia” wydaje się być nietykalny Abrasaks.

Żeby nie rozwlekać tej i tak dość długiej recenzji, na zakończenie odpowiem na pytanie, które nurtuje pewnie wszystkich: czyje zęby są na okładce? A no nasze, słuchaczy, bo jak to na początku zaznaczyłam, Kurhan ładuje fangę prosto w żuchwę. Płyta zdecydowanie dla tych, co wyznają „filozofię”: ryj nie szklanka.

Justyna Bochenek

Pięć