KRZYCZ – Trauma (Instant Classic)

Jakiś czas temu rozmawialiśmy z szanownym kolegą Lerchem na temat tego, kto w Polsce pierwszy grał „sludge”. Oczywiście była mowa o czasach, w których nikt jeszcze takiej nazwy nie używał, czyli o połowie lat 90. Ja wskazałem na ostatnią płytę Smaru SW, „Samobójstwo” jako na pionierskie w kraju nad Wisłą przetłumaczenie „Souls at Zero” i „Enemy of the Sun” Neurosis na język polski. „No i był jeszcze Krzycz…”, przytomnie zauważył mój sędziwy interlokutor. No tak, rzeczywiście był. I choć spostrzeżenie jest trafne, to podsumowanie zespołu Krzycz jako „pionierów” nie opisywałoby jego faktycznej wartości, a wręcz byłoby krzywdzące. Nawet dziś reedycja wydanej w 1998 roku płyty „Trauma” to coś więcej niż tendencyjne kronikarstwo.

Jest taka teoria, którą lubię, bo sam ją wysnułem. Głosi, że najlepsze rzeczy w danym gatunku powstają, kiedy gatunek nie ma jeszcze swojej nazwy. Ustalenie zbiorczej kategorii z automatu tworzy zestaw reguł, których trzymają się potem dziesiątki epigonów kiszących się we własnym sosie. „Traumę” nagrano w czasach, kiedy scenowa poprawność budowała nieco inne, mniej sztywne reguły. Mówiło się o „post-hardcore”, o „emo”, które kojarzyło się z Dischord Records a nie ze smutnymi nastolatkami, a metal był po drugiej stronie tamy. Ale Krzycz wymykał się nawet tym klasyfikacjom, myśląc dźwiękiem i emocją, a nie gotowymi wytycznymi. Z perspektywy lat łatwo jest usłyszeć noiserockowe i mathcore’owe (w rozumieniu lat 90.) inspiracje – naładowane wściekłością i rozpaczą momenty kulminacyjne sprawnie przełamane są ciszą, przeciąganymi sprzęgami i trąbką. Rozkładając je na śrubki odnajdujemy wpływy Neurosis, Deadguy, Swans i produkcji z wytwórni Amphetamine Reptile, a nawet pewną „duchową wspólnotę” z muzyką Ewy Braun. Całość spina matowy, histeryczny wrzask brzmiący jak Steve Austin z Today Is The Day pomnożony przez Dana Lilkera z Brutal Truth.  Ale Krzycz nie dlatego jest perełką, że „wyprzedził epokę”, choć istotnie wyprzedził, ale to nieistotne. Smutni brodacze graliby dziś swoje nudy nawet, gdyby „Trauma” się nie ukazała, bo i tak jest dla nich za mocna. Krzyk Krzycz po blisko 20 latach jest tak samo intensywny i nic nie stracił na sile. Są momenty, kiedy ta muzyka jest wręcz nieznośna w swojej antyprzebojowości, przesterowaniu i nihilizmie – w takim sensie, w jakim nieznośne są „Filth”, „Willpower” albo „In the Name of Suffering”. Druga młodość nie jest „Traumie” potrzebna, czas się „Traumy” nie ima.Krzycz

Trochę szkoda, ze taka kapela zawinęła się tak szybko i nie do końca utrafiła w swój czas. Poszłoby się na koncert, posłuchałoby się kolejnych płyt… Z drugiej strony, przy dzisiejszej dostępności muzyki i nadprodukcji wznowień, okoliczności czasowe się „wypłaszczyły”. Coraz mniejsze znaczenie ma, czy jakaś płyta wyszła w 2017 czy w 1987. Trudno być prorokiem we własnym kraju, zwłaszcza w takim, który swoich proroków przerabia z czasem na telewizyjnych wróżów. Krzycz odeszli u szczytu nawet, jeśli świat zauważył to po latach. Większość zespołów nie stworzy nigdy nawet jednego albumu w połowie tak dobrego jak „Trauma”, więc pożegnać się mając taki, choćby i skromny wolumenowo dorobek, to nie wstyd, to chluba.

Bartosz Cieślak