KRVAVY – W czerńotchłań

Czy to psycho-rap, death-rap, hardcore-rap, horrorcore? Nie, drodzy Państwo – to rap rytualny! Jaki? No właśnie, o tym lada moment. Już słyszę wasze głosy w głowie: co ta baba chce nam wcisnąć, rapsy w źródle ekstremalnej muzyki?! Tutaj musielibyśmy rozważyć pojęcie ekstremy, ale mam litość, oszczędzę Was. I może się nie znam, nie siedzę w tej stylistyce na co dzień, ale czasem zerkam ukradkiem, niepewnie i nawet trochę bojaźliwie, wszak nie samym metalem człek żyje. Ale jako, że urodziłam się w Polsce, więc wedle znanej maksymy: nie znam się, to się wypowiem. Wypowiem się, bo najnowszy krążek Krvavego pochłonął mnie ostatnimi czasy dość konkretnie i mogę zagwarantować, że „lubczyków” czarnej sztuki, którzy jeszcze swoich łbów nie zakuli w metalową przyłbicę pochłonie również, jeśli tylko dadzą mu szansę, bo z rapowej estetyki rymów i rytmu sączy się czerń głęboka jak otchłań. I choć wszelkie „rapsy” pokroju „reprezentuję biedę” czy „ej suczki” działają na mnie jak woda święcona egzorcysty na opętanego, tak przyznać trzeba, że Krvavy zaserwował nam solidny kawał dobrej muzyki z niezwykle ambitnymi tekstami, które pretendują do miana poezji (kto nie wierzy niech sam przeczyta i posłucha koniecznie), przez co najnowszy krążek – „W czerńotchłań”, po prostu pochłania i wciąga mnogością aluzji, symboli, nawiązań i rozmyślań o żywocie człowieczym.

Żeby nie było, nie jestem „wierną fanką” i patrząc kilka miesięcy wstecz nie miałam jeszcze pojęcia, że człowiek taki żyje, a do tego tworzy, mój błąd. Zaczęło się niewinnie, jak w azjatyckich bajkach 18+. Ot, bdb kolega podesłał link z jakimś dark ambientowym Vyrh… „No fajne to takie, no takie fajne, dzięki” – rzekłam, i pewnie obadałabym ów projekt bez większych emocji, albo z większymi, ale jak to zwykle bywa w obliczu muzyki ambientowej, a więc minimalistycznej, swoje emocje zminimalizowałabym do wyżycia się na przypadkowej ofierze wyrażającej chęć posłuchania ochów i achów. Zapewne by tak było gdyby nie hasło: „ej i gość robi jeszcze rapsy”. Co?! No i wpadłam, jak niewinna ofiara w macki tentacla. Odpaliłam „W czerńotchłań” (mogłam, bo autor nie łasy na mamone zarzucił całość do pobrania za friko – ot z radości tworzenia dla radości słuchania), wpadłam i przepadłam. Krvaviąc.

Sam twórca określa swoje poczynania jako rap rytualny. Trafnie, w końcu wie co tworzy, bo rytuału w nich sporo, chociaż nie do końca o słowiańskie gusła chodzi (mimo że nawiązań do dawnych bóstw, legend znajdziemy sporo), ani o krwawe ofiary (chyba że wziąć za taką ofiarę żywot człowieczy na tym łez padole), a o rytuał dnia codziennego, rytuał jakim jest życie, to współczesne, a jednak przesiąknięte gmeraniem w czasach dość zamierzchłych, świadomością własnych korzeni. Zmierzch bogów (a może ich odrodzenie?) osadzone w zastałych czasach. Jest to krążek po trosze mistyczny, po trosze tajemniczy, czarny, chłodny i na wskroś indywidualny, pełen emocji, smutku, izolacji, przemyśleń i poszukiwań. Prócz mantrycznych, nostalgicznych rytmów, nietypowych bitów, usłyszymy wokale, które wdzierają się w nerwosploty mózgowia charczystym growlem. Pomimo, że to płyta nie wesoła, nostalgiczna, mroczna i trudna, gęba mi się samoistnie uśmiechnęła, gdy w Łkającej Wierszbie (chyba najbardziej chwytliwym muzycznie kawałku na płycie, z gościnnym wokalem Magdy Przychodzkiej w refrenach) usłyszałam wycharczany wers: „Tylko piekło, labirynty, diabły” – nie będę filozofować, wiadomo przecież do kogo ten kieliszek poszedł.śląsk

W mroźną aurę licznych zimowych metafor doskonale wprowadza nas instrumentalna miniatura pełniąca rolę intra – Lód I. Po takim wstępie nie sposób odmówić sobie ciekawości brnięcia dalej w głąb tej czarnej otchłani. Lód II potęguje uczucie narastającego chłodu, z mrocznymi, noisowymi bitami, wprowadza nas w rytualny trans, teleportuje gdzieś w środek zaśnieżonego lasu, gdzie „przestrzeń zamiera, czas jak otruty sączy się mrokiem, cieniem przeżutym”. Dalej mamy już niezwykle refleksyjną i przemyślaną podróż człowieka balansującego gdzieś na granicy życia i śmierci. Sroczycowym okiem spoglądamy w dawne legendy, w których jak przez mgłę możemy dostrzec Trojana (według jednej z nich starodawny władca Serbów, który nie znosił promieni słonecznych i żył tylko nocą „albowiem gdyby choć jedne promień zaświecił głowie Trojana, rozpłynąłby się jak chmura deszczem, a zwłokami jego byłaby rosa”), Fausta, który „wyrzyguje duszę bogu”, płaczemy nad losem człowieczym razem z Marzanną, niczym w Objawieniach św. Jana stawiamy czoła bestii „mającej siedem głów i rogów dziesięć”, przekraczamy „widnokrąg ziemskiej rozpaczy”, oddajemy hołd drzewu życia – wierszbie, łkającej w piołunowym lesie, gdzie „życie jest jak Bóg, wzywany nadaremno”, by na koniec zdobyć Kończysty Wierch i skoczyć w czerńotchłań. Skaczmy więc.

O czym ja w ogóle piszę? Właśnie. Cały czas mam świadomość swoich niedopatrzeń, bo „W czerńotchłań” to płyta wymagająca wiele czasu, mnóstwo zaangażowania ze strony odbiorcy, który zechce odkryć wszystkie jej smaczki. Oczywiście, można jej słuchać, dla samego słuchania, bo ma dobry flow, tylko takie podejście było by dość krzywdzące dla autora, który sporo chce nam opowiedzieć zarówno dźwiękiem jak i słowem. Jestem trochę przygnieciona dobrocią tychże dźwięków i poetyckich, metaforycznych tekstów, ale zdecydowanie warto wziąć ten ciężar na swoje barki, choćby dlatego, żeby przekonać się, że czerń wcale nie jest domeną black metalu, że czasem o wiele więcej diabła i mroku czai się tam, gdzie moglibyśmy się go nie spodziewać, a smutek i nostalgia może wlewać się do uszu także pod postacią rapu. Dla mnie ta płyta to rytuał. Bezapelacyjnie.

Justyna Bochenek

Cztery i pół