KR’SHNA  BROTHERS – Food For Life Spirit For Fuck/If… (Metal Mind Prod.)

Nadchodzą prawdziwe reedycyjne żniwa made by Metal Mind Productions. Już we wrześniu dostaniemy do rąk wznowienia dwóch płyt Tuff Enuff a dzisiaj delektujemy się krążkami działającej w latach 93 – 95 formacji Kr’shna Brothers. Dla posiwiałych weteranów muzy sprzed prawie dwóch dekad będzie to miła, sentymentalna podróż, dla gówniarzy – chwila prawdy. Tak, tak, kiedy sraliście w pieluchy w Polsce grały fajne zespoły. Naprawdę…

Bracia (tak, wiem skojarzenie jest jedno…) byli w swoim czasie małą sensacją. Tomasz Goehs (Turbo, Wolf Spider, Creation of Death, Kazik) postanowił połączyć swoje mocarne, metalowe bębnienie z mistrzami krajowego, zamerykanizowanego odjazdu, czyli gitarzystami Dump (no i Squot, ale to już zupełnie inna bajka…), tworząc zespół, będący krajową odpowiedzią na żywotne potrzeby społeczeństwa. A te wyraźnie łaknęły grunge’owego łojenia. Trudno jednak nazwać „Food For Life…” płytą czysto grunge’ową, bo w poszarpanych, mocno bitych rytmach i riffach można było się doszukać nawet podobieństw do Helmet. Być może jedynie maniera wokalna Jacka Adamczyka wyraźnie trzymała się standardów deszczowego Seattle. Mocne, gęste riffy wspomagane solidnym, doskonale osadzonym bitem Goehsa zrobiły na mnie swego czasu piorunujące wrażenie i choć trudno dzisiaj mi nazwać muzykę KB oryginalną, dwie dekady temu lekko potrząsnęli muzycznym światkiem. Wrażliwości muzyków dowodzi za to interpretacja Grechutowych „Dni, Których Nie Znamy”, świetna zresztą. Z kolei riff z „We Know How to Kill” Kazik wykorzystał w swoim megahicie „Artyści”. Takie to były czasy. Warto wspomnieć słówko o produkcji, bo to także apoteoza anty – protools’owej rzeczywistości. Głęboka, tłusta i bezkompromisowa. Świetna. Może pod koniec płyty muzyka troszkę się wlecze, jednak nadal uważam, że debiut KB był strzałem między oczy. W dodatku całkiem melodyjnym strzałem.

Debiut KB zawiesił poprzeczkę oczekiwań  bardzo wysoko, dlatego też „If…” wydaje się nie spełniać do końca oczekiwań. Wygrawszy pierwszą bitwę prostymi, rytmicznymi utworami, na swojej drugiej płycie krisznowcy zaczęli nieco kombinować. Nadal mamy do czynienia z lekko grunge’ową, mocną i przesiąkniętą metalem muzyką, jednak zmieniły się aranżacje, pojawiło się sporo akustycznego grania i mniej oczywistych zwrotów harmonicznych. Już „Iron Head” pokazuje gitarową szkołę nadziewaną psychodelicznymi brudami, jeśli pojawiają się nawiązania do Soundgarden, to z wyraźnym, polskim duchem. Czasami jest solidnie w manierze debiutu („I Feel You”) i ponuro (I Fok”), pojawiają się zabawy z dynamiką i niemal voivod’owe zagrywki (I’m Safe With You”, „Burning To The Inside” z jedną z najlepszych partii wokalnych na płycie), gitarzyści pokazują pazury, ale też i głowy na karku, tworząc bardzo zdyscyplinowane i zróżnicowane partie. Słowem – dużo się tu dzieje i trzeba wsłuchać się w te dźwięki, by docenić kunszt muzyków. I choć „jedynkę” magluję z większą przyjemnością, chylę też czoła przed ambicjami „If…”. Szkoda, że zespół zakończył tak szybko karierę, bo szli w ciekawym kierunku i tylko od poziomu naszej wyobraźni zależy, czy dopowiemy sobie, co mogłoby się wydarzyć gdyby…

Fajnie, że możemy trzymać w łapach te dwa krążki, bo należą w sumie do żelaznego kanonu mocnego rocka w Polsce i w jakiś sposób puentują zmiany i rewolucyjne zarzewie niepokornej muzyki pierwszej połowy lat 90 – tych. Szkoda, że sporo z tego potencjału zostało bezpowrotnie zmarnowane…

Arek Lerch 5/4,5