KRISIUN – Forged In Fury (Century Media)

Zarzucono mi ostatnio, że mało piszę w recenzjach o muzyce, traktując opisywane płyty jako pretekst do snucia jakichś dziwnych historii. Może i jest w tym trochę prawdy, dlatego tym razem postanowiłem poddać recenzowany album drobiazgowej analizie. Przyjrzymy się zatem dokładnie nowej muzyce Brazylijczyków z Krisiun, analizując progres, jaki dokonał się w ich stylu na przestrzeni lat. Weźmiemy pod lupę każdy z utworów, każdy najdrobniejszy niuans aranżacyjny, każdą zagraną na „Forged In Fury” nutę…

…Nie no, bez jaj. Przecież to płyta, którą mógłbym opisać jednym zdaniem. Kolejny album Krisun z brazylijskim death metalem, od poprzedników różniący się produkcją (tym razem Mana Studios i Eric Rutan za gałkami) i większą ilością wolnych partii. Może jakiś psychofan zaprotestuje, ale obiektywnie rzecz biorąc ten zespół gra od wielu lat to samo, z niewielkimi wariacjami na temat. Czy to źle? Niekoniecznie. O ile jednak nie jesteście jakoś mocno uzależnieni od tego stylu, do szczęścia wystarczą wam pewnie „Apocalyptic Revelation” albo „Conquerors of Armageddon”, niekoniecznie zaś cała dyskografia tych panów.

„Forged In Fury” nie przynosi ani wstydu, ani przełomu. Podobnie jak nowe płyty Cannibal Corpse, adresowany jest do miłośników tradycyjnego death metalu, którzy oprócz klasycznych krążków lubią czasem posłuchać czegoś nowego, ale utrzymanego w tej samej konwencji. Tych samych, którzy nie mogli zasnąć po usłyszeniu „Illud Divinum Insanus” i ucieszyli się na wieść o ponownym odejściu z Morbid Angel Davida Vincenta. Zrecenzowałem już w swoim życiu kilkadziesiąt takich płyt i prędzej zdecyduję się na skok na bungee niż wklejenie tych samych opisów i porównań. To death metal, kropka. I nawet jeśli w którymś z utworów Krisiun wyskoczy nagle z kapelusza królik, to i tak zostanie chwilę później skatowany lawiną blastów.forged_01

Swoją drogą, o ile doceniam chęć urozmaicenia swojej muzyki, o tyle mam wrażenie, że Krisiun zdecydowanie lepiej wychodzą proste kanonady. Wolniejsze fragmenty brzmią w ich wykonaniu dość topornie i chwilami wkrada się do nich nuda. Dlatego chętniej przyjąłbym od nich płytę, na której dominuje bezlitosny łomot, a utwory trwają po trzy minuty, a nie pięć albo sześć. Nie zaprzeczę, że „Forged In Fury” wysłuchałem z przyjemnością, ale kiedy kolejny raz najdzie mnie ochota na ich muzykę, to sięgnę raczej po któryś z wcześniejszych krążków.

Michał Spryszak

Cztery