KRIMH ‒ Explore

Tak to jest, że jednoosobowe projekty na scenie metalowej to najczęściej klimaty doom lub black metalowe. Od każdej reguły musi być jednak wyjątek, a taki stanowi debiutancki album solowy Kerima „Krimha” Lechnera, znanego przede wszystkim z bębnienia w Decapitated. Młody Austriak sam skomponował, nagrał i wydał frapujący instrumentalny album, na którym mieszają się elementy death metalu, nowoczesnych brzmień, a także progresywnych momentów.

Kerimowi nie można odmówić talentu. Osiem numerów, które napisał na „Explore” to wciągający, niebanalny i wpadający w ucho materiał. Co najważniejsze, a w przypadku płyty instrumentalnej być może jeszcze ważniejsze, kawałki mają swoją historię, są pełne ciekawych melodii i zapadających w pamięć patentów. Po prostu dobrze się ich słucha i nie jest to żadna przesadna, progresywna jazda figurowa na lodzie, gdzie sztuczki i wywijasy są ważniejsze niż same kompozycje. Gdzieniegdzie pojawiają się nastrojowe, spokojniejsze momenty, ale przede wszystkim dominuje bardzo aktywna i hałaśliwa perkusja. Bębny są sercem tego projektu i trudno się temu dziwić, a przekrój temp jest zupełny. Począwszy od technicznego, jazzującego grania z feelingiem, przez bezduszne, mechaniczne rytmy w klimacie Fear Factory, do siejących spustoszenie blastbeatowych tornad.

„Explore” jest płytą łatwą w odbiorze i w tym jej urok. Krimh nie aspiruje do miana zbawcy ciężkiego grania, który dzień w dzień jak szalony pisze epickie symfonie wykraczające poza ramy metalu. Nie stara się wymyślić gatunku od początku czy przewrócić go do góry nogami. Wyjątkowo sprawnie i płynnie porusza się po tym, co znane i lubiane. Czterdzieści minut, które stanowi jego solowe dokonanie to solidna porcja metalowego rzemiosła, zagrana z polotem, wrażliwością i pasją.

Adam Drzewucki

Cztery i pół