KRALLICE – Go Be Forgotten (Hathenter Records)

„Go Be Forgotten” ma szansę być albumem, który wreszcie ruszy nieco skostniałą formułę muzyki Krallice. Już nagrany wespół z Dave’m Edwardsonem (m.in. Neurosis) „Loüm” dawał pewne symptomy zmian, jednak dopiero najnowsze wydawnictwo amerykańskiego zespołu to nadzieja na realną ewolucję. Wraz z tym do stylu grupy w końcu wpadło na tyle dużo świeżego powietrza, że nawet ja – człowiek dość sceptycznie nastawiony do generalnie średnio ciekawej twórczości Krallice – zamiast marudzić, doceniłem zmienioną koncepcję. Chłopakom powinno być teraz trochę głupio, bo potrzebowali dziesięciu lat i ośmiu albumów, by wreszcie nagrać naprawdę ciekawy materiał, ale z drugiej strony – lepiej późno niż wcale, prawda?

Naprawdę, nie trzeba było dużo zmieniać, by zaczynający systematycznie zjadać swój własny ogon zespół ruszył z miejsca. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to zdecydowana zmiana brzmienia. „Go Be Forgotten” to materiał brzmiący bardzo duszno, mało przestrzennie, sprawiający wrażenie, jakby dźwięk dobiegał zza ściany. Co ciekawe, wyszło to grupie tylko na dobre – soczysty, typowo metalowy sound towarzyszący poprzednim wydawnictwom może i skuteczniej uwypuklał techniczne popisy muzyków, ale z drugiej strony spychał Krallice w przepaść tysięcy identycznie brzmiących zespołów. Najnowszy album brzmi jednak charakterystycznie, intrygująco, a sama muzyka w końcu – mimo zachowania pewnych stałych elementów – odkryła drzemiące w niej pokłady mroku. Cieszy również, że więcej czasu przy mikrofonie otrzymał Mick Barr, którego zawodzące partie znacznie bardziej pasują do muzyki grupy niż miałki, bezpłciowy growling Nicholasa McMastera. Oczywiście Barr już wcześniej zaczął powoli przejmować pałeczkę pierwszego wokalisty (z tego, co pamiętam, na „Prolapsarian” było podobnie), ale fajnie, że zespół postanowił utrzymać tę tendencję. Biorąc pod uwagę nieco egoistyczne zapędy i onanistyczny sposób gry na gitarze basowej, jakie prezentuje McMaster, wcale nie musiało to być aż tak oczywiste. Poza tym „Go Be Forgotten” zasadniczo nie różni się aż tak bardzo chociażby od klasycznej pozycji w dorobku Krallice, jaką jest „Dimensional Bleedthrough”, nie wspominając już o zeszłorocznej „Prolapsarian”. Nie wiem jak długo starczy chłopakom jeszcze siły i samozaparcia, by szarpać te świdrujące tremola, ale „Go Be Forgotten” to ósmy album, na którym z pewnością nie zabraknie tego elementu. Co ciekawe, tym razem dość często zdarzają się momenty, w których zespół wpuszcza zaskakująco dużo przestrzeni, a charakterystyczne strzępienie strun jakby trochę wyhamowuje. Spoko, nie martwcie się – to nadal dominujący klocek w tej układance, jednak wspomniana wcześniej zmiana brzmienia pokazuje potencjał tego sposobu riffowania od nieco innej, chyba mniej irytującej strony.Band

Nie przeczę, że Krallice już wcześniej mieli jakiś pomysł na siebie, jednak wałkowanie go w jeden i ten sam sposób nużyło, nużyło cholernie – zwłaszcza, że Amerykanie z rzadko spotykaną regularnością wypluwają kolejne wydawnictwa. „Go Be Forgotten”, wbrew nazwie, nie powinien jednak zostać albumem zapomnianym, a wręcz przeciwnie, ma szansę odmienić postrzeganie Krallice jako grupy grającej w kółko to samo. Delikatne wycieczki w stronę ambientu, przymglone, klaustrofobiczne brzmienie, nieco inny sposób budowania kompozycji – właściwie tylko tyle wystarczyło, by grupa wyszła z klatki, w której sama się zamknęła. Okej, póki co lekko uchylili drzwiczki, ale wierzę, że są w stanie wygrzebać z niej lekko zgnuśniałe cielsko. Z optymizmem wypatruję kolejnego krążka.

Michał Fryga

Cztery