KOWLOON WALLED CITY – Container Ships (Brutal Panda Records)

Trzecia płyta mieszkańców San Francisco jest dokładnie taka, jak okładka. Smutna, nostalgiczna i lekko zadumana. Czyli w sam raz na zimowe wieczory na zasypanym śniegiem, bezimiennym polskim osiedlu.

„Container Ships” to płyta, która na pewno nie spodobałaby się red. Cieślakowi. Bo  muzyka grana przez Kowloon Walled City od razu przywodzi na myśl ponurych, brodatych i wydziaranych panów, którzy tęsknym okiem spoglądają w stronę tuzów klimatycznej i ociężałej, post metalowej alternatywy. Zastanawiam się, co grałby ten kwartet, gdyby paręnaście lat temu nie powstały takie płyty jak „Betty” Helmet, „White Birch” Codeine i „Spiderland” Slint?

Chłodna, niespieszna narracja, pastelowe riffy, wspomagane oszczędnymi wokalami a wszystko osadzone na miarowych, fajnie zapętlonych bębnach – tak w skrócie można opisać muzykę zespołu. Nie ma epatowania szalonymi zagrywkami, jest raczej instrumentalna medytacja i zawieszenie w nieokreślonej przestrzeni. KWC pamiętają jednak, że czasami przyda się i żywsza zagrywka, stąd od czasu do czasu budzą się z zadumy i szybciej przebierają paluchami. Zbliżają się wtedy do maniery Mastodon, choć są to tylko okazjonalne zrywy – zespół konsekwentnie trzyma się wytyczonej ścieżki, generując swoje hipnotyczne dźwięki.

Problemem tej płyty – choć ktoś może uznać to za zaletę – jest fakt, że trzeba mieć odpowiedni nastrój, by strawić ją w jednym kawałku. Najlepiej wyjechać nad morze, szczególnie zimą i rozmarzonym okiem spoglądać na pływające statki. Ja, z oszczędności, próbowałem tej sztuczki w Warszawie, bezpiecznie kontemplując zimową aurę przez szybkę. Niestety, powoli tworzący się klimat zburzył przejeżdżający pod oknem, zdecydowanie nie – klimatyczny traktor odśnieżający drogę…

Arek Lerch