KORN – The Serenity of Suffering (Roadrunner/Warner)

Przekleństwem takich zespołów jak Korn jest fakt, że stworzyły kanon, może nawet wznieciły rewolucję. A wiadomo, że ta zazwyczaj zjada swoje dzieci. Nie wierzycie? No to wyobraźcie sobie, że Cobain się nie zastrzelił i nagrywa do dzisiaj płyty. I wiecie co – zapewne psy na tym zespole wieszaliby tak samo jak na Kornie w ciągu ostatnich lat. Gdyby ekipa Davisa dała sobie spokój po, powiedzmy, „Follow the Leader”, byłby kult i gorące sentymenty. A tak jest… no właśnie, co? Korn stworzył metalowy świat na nowo, dając mu nu metal, który w krótkim czasie sparciał za sprawą miliona zespołów, które chciały grać tak samo jak Amerykanie a sami rewolucjoniści, gdzieś po „Issues” zaczęli się niemiłosiernie gubić. Oczywiście, każdy kolejny album był „bezkompromisowy”, był kolejnym „powrotem”, pokazem siły, nowych pałkerów, testowaniem elektroniki i tak w kółko. A naprawdę – były to lata chude, znaczone kolejnymi, nie do końca udanymi (czy może – niepotrzebnymi…) płytami. Być może przedostatni krążek, „The Paradigm Shift” – wbrew narzekaniom – miał coś w sobie za sprawą flirtu z dubstepem, jednak dopiero najnowsze dzieło pokazało, że Korn rusza z nowym rozdaniem. Nie wiem czemu, ale nasuwa się tu casus Metalliki. W momencie, kiedy już chyba nikt nie czekał na płytę i raczej słyszało się tu i ówdzie jedynie heheszki, Korn wrócił z materiałem zaskakująco dobrym. Wywalił na śmietnik parapety, zapomniał o dubstepie, przypomniał sobie jak grał na poziomie pierwszych czterech płyt i po prostu przywalił klasycznie brzmiącym, gruwiastym, nu metalowym łomotem. I to zażarło. Jasne, czuć w tym materiale wiek muzyków, wściekłość została zastąpiona profesjonalizmem, ale… udało się. Nie przeszkadzają mi nawet zbytnie nawiązania do przeszłości (elementy okładki) to ciągłe eksploatowanie wesołego miasteczka i udawanie rebeliantów. Wiadomo, musi być to wszystko podane tak, by młody słuchając poczuł moc a stary przeniósł się do 1995 roku. I sprawą drugorzędną zdaje się być pytanie, co dalej z kornowcami. Ja myślę, że będą grać i pewnie znowu się zgubią a kolega Grzegorz twierdzi, że to pewnie ostania ich płyta. Kto ma rację? Tego nie wie nikt…

Grzegorz: Kiedy zaproponowałeś Korna do naszych pogaduszek, zastanawiałem się, czy aby na pewno nie jest to jakiś podstęp. Okazuje się jednak, że jest o czym rozmawiać, bo nagrali zaskakująco dobry, świeży i mocny materiał. Korn w Kornie.

Arek: Czyli back to the roots nr. 1250 (śmiech). Jakiś składnik powietrza powoduje, że wszyscy chcą wracać do czasów, kiedy coś znaczyli. Umówmy się – ostatnie 10 lat to był okres, kiedy Korn istniał. Tylko istniał. I raczej nie sądzę, by kilka poprzednich płyt miało jakiś większy sens. Poza tym – może znaczenie ma fakt, że w ostatnim roku znowu zaczęto przychylniejszym okiem spozierać na ten mocno sparciały już nu metal. Koła czasu?

Grzegorz: Owszem, koła. Metalcore’owcy czerpią garściami z nu, w hc spogląda się na RATM i pochodne, a do głosu – i to dosłownie – dochodzą giganci z końca lat 90., którym nie tylko się chce, ale nadal mają kilka groszy do dorzucenia.JD Korn jest najlepszym przykładem zespołu mocno poszukującego, nie rzadko nie tam gdzie trzeba (dubstep), ale jednak zachowującego swoją, dość dziwaczną i nie wszystkim odpowiadającą twarz. Ostatnie płyty miały fantastyczne single i niezłą produkcję, ale jako całość, cóż, ten band broni się tylko na żywo. Tak jak Limp Bizkit.

Arek: Jako całość, ostatnią, strawną płytą był krążek „Issues”. To był 1999 rok! Większość późniejszych rzeczy była szukaniem we mgle. No i te wszystkie perypetie ze składem, z perkusistami. W zasadzie jestem zaskoczony, że zespół przetrwał, biorąc po uwagę neurozy jego lidera… Wspominasz o poszukiwaniach; może i tak, jednak mam wrażenie, że często były to poszukiwania dość przypadkowe, czy może wręcz histeryczne, na zasadzie „musimy coś zmienić, panowie!„…

Grzegorz: I zmienili. Z eksperymentów z nowymi brzmieniami w których, nie oszukujmy się, młodzież wypada lepiej, powrócili do sprawdzonej formuły sprzed lat – łamańce, ściana dźwięku i krótkie formy.

Arek: Jest trochę tak, że tej płyty słucha się całkiem nieźle, jeśli zapominamy, który mamy rok. Zapominamy, że Dillinger spasował. Zapominamy, że po drodze połączono wszystko z wszystkim. Czyli coś jak picie czystej wódki. Wiadomo, że jest passe, ale w pierwotnej formie, bez dodatków, bez mieszania z colą daje kopa i ma sens (śmiech). Tak samo jest z Kornem. Wiemy, że takiego uderzenia w łeb, jakie zaliczyliśmy po kontakcie z „Life Is Peachy” nigdy już nie będzie, ale nowa płyta daje chociażby namiastkę tamtych doznań.korn

Grzegorz: Młodym ludziom na pewno spuści łomot, ale wielbicielom naprawdę inteligentnej i „dziwnej” muzyki to nie wystarczy. Mimo to, no kurwa, powiedz, Korn naprawdę uderza z mocą, jakiej się nie spodziewaliśmy. Nie ma tu mielizn, ciągle się coś dzieje, refrenów choć dużo to nie psują ogólnej oceny, a co najważniejsze, panowie nie stoją w miejscu i ukradkiem przemycają nowoczesne patenty. I za to należy podziękować regularnie zmieniającym się perkusistom.

Arek: Na pewno jest szacunek za to, że trzymają się na powierzchni i potrafią wyciągać wnioski ze swojej historii. Ale nie uważasz, że jednak zachwyt tą płytą wynika w dużej mierze z faktu, że długo błądzili? I ta radość jest w 60% składową pozytywnej oceny płyty?

Grzegorz: Zgadzam się. Nie wracam do tego krążka jakoś nagminnie, ale na tle wielu innych, tegorocznych premier, powiedzmy, z mainstreamu, jest to chyba najlepsza rzecz. Nie uczy, ale z całą pewnością mocno bawi.

Arek: Na pewno zespół doprowadził do tego, że nikt nie będzie ironizował na ich temat. To plus. Na pewno nawiązuje do przeszłości, czasami aż nazbyt wyraźnie (patrz okładka). Mam jednak problem z umiejscowieniem zespołu na współczesnej scenie muzycznej. Czy traktować ich jak dziadków nu metalu, czy jako grupę, która może tu i teraz jeszcze zarządzić. W sumie, podobny dylemat co w przypadku Metalliki. No, ale tu przynajmniej nie rozśmiesza mnie pałker…

Grzegorz: Sekcja w Kornie jest jedną z lepszych, nigdy nie było co do tego wątpliwości. No ale nie o nich mamy gadać. Powiedzmy bardziej ogólnie, ten skład może jeszcze czymś zaskoczyć? Wydaje się, że obecny lineup to najlepsze co mogło ich spotkac.

Arek: Najlepsze, jeśli popatrzymy na kontekst czasowy. Zresztą, nigdy nie miałem wątpliwości, że w tym zespole są znakomici instrumentaliści. Pod tym względem to nadal pierwsza liga, gorzej jeśli podejdziemy do tego „zaskoczenia”. Ale tu z kolei ja się zapytam: jaki kontekst przyjmujemy?

Grzegorz: Ten, że jeszcze coś pokażą i stają w szranki z młodzieżą.

Arek: Mieliśmy sporo przykładów, że dziadki potrafią porozstawiać młodzież po kątach. Problem w tym, czy Korn jest w stanie wyjść w sensowny sposób ze swojej niszy. Dotychczasowe próby różnych mariaży spotkały się z takim sobie przyjęciem, teraz cieszymy się tak na prawdę z tego, że Korn jest… w 100% Kornem. Zatem – Twoja prognoza: co miałby zespół zrobić?K

Grzegorz: Na razie nie robić nic, kuć żelazo póki gorące i dobrze dobierać sobie supporty na trasy. Bo wizja Heaven Shall Burn i Hellyeah w Warszawie choć kusząca i intrygująca, pozostwia raczej mindfuck niż chęć wycieczki na gig. Cieszmy się płytą, bo może być tak, że będzie to ostatnia…

Arek: Ooo, to uderzyłeś mocno, bo – złośliwie mówiąc – skoro nie rozpadli się przy dużo gorszych krążkach, kiedy faktycznie mało kto wróżył im jakąkolwiek przyszłość, to tym bardziej teraz będą się trzymać życia. No, chyba, że chcą zostawić po sobie dobre wspomnienie. Żałowałbyś? Byłaby stypa (śmiech)?

Grzegorz: Nie byłoby, bo mówiłeś wcześniej o Dillingerze i to jest, kurwa, powód do stypy i narzekania; nie wyobrażam sobie luki jaką po sobie pozostawią. A jeśli chodzi o Korna i „nu”, są młodzi adepci jak np. Issues czy Cane Hill, którzy wypełnią pustkę.

Arek: Czyli co? Cieszymy się i nie płaczemy na myśl o (rychłym albo i nie…) końcu?

Grzegorz: Nie. Są ważniejsze rzeczy. Jak ten Fisz, o którego mnie męczysz (śmiech)

Arek: I to będzie temat naszej kolejnej rozmowy (śmiech).

Rozmawiali Grzegorz Pindor i Arek Lerch