KORN – The Paradigm Shift (Caroline/Prospect Park/Universal)

Ze mną zupełnie odwrotnie niż w tekście piosenki Leonarda Cohena „First We Take Manhattan Then We Take Berlin”. Na przeszło tuzin moich wykroczeń przeciwko recenzenckiemu obiektywizmowi i umiarkowaniu w rozpasaniu słowa, plądrowałem prawie wyłącznie Europy mierzeje, bory i rozpadliny, wybierając to co najlepsze w metalowym kwadrumwiracie Wysp, Beneluxu, Francji i Skandynawii. Nie moją winą jest, że sera, mleka i mięsa u nich w bród, bez sterydów podobno to, w stylowej zastawie podane lub drewnianej misie. Nie moja to wina, że mówiąc Halmstad, La Chaise-Dieu czy Oslo słyszę jakość europejską. Tu żabot, tam szatan, gdzieś modna kamizela. Po drugiej stronie języka – „Bakersfield in California”. Plastikowy talerzyk z kolbą kukurydzy, choćbyś zasypywał ten stereotyp tonami soli dla poprawienia smaku. Ech, przynajmniej jeden zespół promował tam wartości rodzinne. Witajcie po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w rodzinie Korn.

Ilość jadu wylanego na ten zespół jest wprost proporcjonalna do jego popularności. Korn od początku postrzegany był przez niektóre środowiska muzyczne za bękarta, który powinien na zawsze pozostać w łonie kalifornijskiego Bakersfield. Ot, banda przygłupów w dresach, którzy chwycili za gitary i profanują mocne granie przez flirt z czarną Ameryką i garderobą Ireny Szewińskiej. Zbyt modni, zbyt medialni. Ale rynek zadziałał prawidłowo – wyłowił zespół wyjątkowo oryginalny, eklektyczny i kolorowy, z upodobaniem do dredów, tatuaży, ziomkującej klasy średniej i blichtru mieszkańców czarnego getta. To Korn wprowadził do mainstreamu zestrojone siedmiostrunowe gitary; to ich zabawy z efektami gitarowymi sprawiły, że zwykli ludzie otworzyli oczy na inne odlotowe dźwięki niż tylko te generowane chorusem czy wah-wah. Dorzućmy do tego nietypowy dla muzyki około metalowej brzęczący klang gitary basowej i wreszcie nietuzinkowy sposób śpiewania Jonathana Davisa, który sprawnie przechodził od płaczo-śpiewu po death metalowy ryk. Kolorytu temu wszystkiemu dodawała mazgajowata postawa lidera lubującego się w opowiadaniu o trudnym dzieciństwie i seksualnych dewiacjach. Pompowana hiper wrażliwość Davisa kojarzona z tanim, wulgarnym ekshibicjonizmem nie musiała przypaść do gustu wielbicielom tradycyjnego metalu i rocka, którzy wolą stare, dobre odgryzanie głów gołębiom albo śpiewanie o uczuciach, których nie potrafią wyjaśnić. Korn potrafił. Nie obchodziła go prehistoria i ornitologia – pisał swoją historię teraźniejszości. Żeby to wszystko znieść i przyswoić potrzeba było albo otwartej głowy albo stuknięcia szesnastki na karku, co wychodziło na to samo.

Zapewne niewielu z Was obchodzi jaki jest ten nowy Korn. Stąd też ów historyczno-socjologiczny rys zespołu i jego czasów, by powspominać dawny fenomen grupy i zarobić na wierszówkę. Gdybym jednak musiał w tej recenzji pokusić się o ocenę jakichś konkretnych dźwięków, to porównałbym „The Paradigm Shift” do „Nietykalnych” z odrobiną „Niezatytułowania”. Mocarne, przebojowe refreny z czasów „Untouchables”, równiutka praca gitar upaćkanych elektroniką („Untitled”). Jonathan Davis – mniej maniakalny i płaczliwy, stawił się po prostu do pracy, tworząc płytę bez przeginania w stronę tańca (dubstepowa „Path of Totality”) i kagańca (krwawiąca emocjonalnie „Korn III”). I taka jest właśnie ta płyta. Wypośrodkowana, w warstwie muzycznej pozbawiona nastoletniego ekshibicjonizmu Davisa, cyca jego mości małżonki. To doskonały produkt do twojego samochodowego odtwarzacza stereo – płasko, popowo, konkretnie. Korn proponuje przebojowe, targające za ucho refreny, dzięki czemu słucha się „The Paradigm Shift” bezpiecznie w towarzystwie i przyjemnie samemu. Wzniosłe refreny w „Love & Meth” i „What We Do” czy do bólu popowe chórki w „Prey For Me”, to przykład wielkiego talentu Davisa w wymyślaniu pięknych melodii na tle łopatologicznych riffów Head’a i Munky’ego. Pomimo tego, że zespół wciąż podgryza swój własny ogon, stosując podobne triki kompozycyjne, to jest on na tyle upasiony otwartą formułą melodyczną i rytmiczną, jaką przyjął na wysokości „Follow The Leader”, że starczyło tego mięsa i na tę płytę.

Jak to jest z tym Kornem? Zastawa porcelanowa w kawałkach, drewniana misa wszamana przez korniki, tylko ten plastikowy talerz nie chce ulec rozkładowi. Czy tego chcecie czy nie (a domyślam się, że nie chcecie), Korn żyje i sprzedaje się nieźle. Ja tam się cieszę.

Kuba Kolan

Trzy i pół