KONGOS – Lunatic (Epic/Sony)

Nawet gdyby Kongos grali kiepską muzykę, mają coś, o czym niejeden wykonawca może jeno pomarzyć – dobry marketing i to nie taki, wykreowany na biurkach i w komputerach speców od wmawiania głupkom, że gówno ma smak landrynek. Otóż grupa pochodzi z RPA i tworzą ją… czterej bracia. W dodatku ojciec tej zacnej gromadki był… nie, nie duchownym, choć porównania z ekipą braci Followill’ów cisną się na usta. Zatem, ojciec John Kongos, był w latach 70 – tych ponoć znanym pieśniarzem. Czwórka braci promuje zaś na światowym rynku drugą płytę, którą dziury w niebie nie robi, ale do serc rockowej i alternatywnej młodzieży trafić może.

Bracia Kongos dobrze wyglądają (brody über alles!), mają internacjonalne korzenie (od afrykańskiego żaru, przez londyński deszcz aż po prerie Arizony) i niewątpliwy talent odziedziczony pewnie po tatusiu. Wprawdzie wszyscy krytycy zachwycają się nietypowymi rozwiązaniami, ja jednak odnoszę wrażenie, że są to tylko dodatki do właściwej, typowo rockowej warstwy muzycznej. Oczywiście, występuje tu w dużych ilościach akordeon, ale czy to typowo afrykański instrument, śmiem wątpić. Podoba mi się za to bardzo sposób, w jaki rozwiązano warstwę rytmiczną płyty, bo tu faktycznie słychać tą niesamowitą, podskórną pulsację Czarnego Lądu. Miejscami sposób prowadzenia sekcji rytmicznej przywodzi mi na myśl głuche dudnienie bębnów afrykańskich ziomków z Tribe After Tribe. Oczywiście, muzyka Kongos jest bardzo standardowa, skupiająca się na klasycznych, piosenkowych aranżacjach. Jeśli jednak ktoś poświęci płycie nieco czasu, uchwyci ten delikatny smak wspomnianego wyżej kontynentu.

Zasadniczo Kongos uderzają w alternatywny, indie rockowy etos, tworząc zwięzłe, ciekawe melodycznie kompozycje. Czasami jest przebojowo, to znowu delikatnie daje o sobie znać karaibska pulsacja („I Want To Know”), miejscami robi się nieco ckliwie (balladowy „Traveling On”). Odnoszę wrażenie, że strasznie chcieliby stworzyć też coś w rodzaju stadionowego rocka („Sex On The Radio”) i bardzo mocno przypatrują się temu, co piszczy w Wielkiej Brytanii. Paradoksem jest za zaś na pewno numer „Come Withe Me Now”, będący maniakalnie dosłowną i natrętnie przebojową zrzyną ze stylistyki Franz Ferdinand. Przyznam, że gdybym usłyszał kawałek w radiu, postawiłbym dolary przeciwko orzechom, że to jakiś odrzut z „Right Thoughts, Right Words, Right Action”.Kongos Band

Jest przy tym wszystkim „Lunatic” zwyczajnie dobrą, miejscami intrygującą, rockową płytą, zagraną z wyczuciem i nieźle, bardzo twardo brzmiącą, dzięki czemu, szczególnie w tych lżejszych momentach, zespół unika zbyt dużej dawki lukru. Tak po prawdzie, Kongos dopiero startują i za sprawą swojej „dwójki” dobijają się całkiem głośno do bram sławy. Problem w tym, czy zdążą, zanim indie rockowy światek stanie się własną karykaturą. O ile już się nie stał…

Arek Lerch

Cztery