KONGOS – Egomaniac (Sony)

Nigdy nie byłem w Afryce. Żałuję, bo to fascynujący ląd, gdzie dzieją się rzeczy strasznie i ekscytujące jednocześnie. Nie byłem na tym kontynencie, dlatego to, co słyszę na płycie „Egomaniac” jest być może tylko wytworem mojej wyobraźni, sugerującej mi, że w muzyce Kongos są emocje, melodie i smutek Czarnego Lądu. Ale nawet jeśli to tylko złudzenie, czterej bracia potrafią w znakomity sposób pobudzić moją wyobraźnię, nawet jeśli nie wymyślają prochu a ich muzyka upichcona jest z kilku znanych składników.

Trzeci album ekipy to rzecz  kompleksowa i zdecydowanie zanurzona w syntetyczno – indie rockowym anturażu. Rzecznego rocka jest tu zresztą najmniej, co wcale mi nie przeszkadza. Odwołując się do emocji – ta muzyka zwyczajnie poprawia mi nastrój, niezmierzone pokłady melancholii uspokajają i nawet jeśli momentami troszkę brakuje zdecydowanego, mocniejszego pulsu, i tak uważam, że to udane dzieło, z którym łatwo się zaprzyjaźnić. Klasą samą w sobie jest umiejętność wplatania w kompozycje wspomnianego, afrykańskiego ducha. Chodzi głównie o melodykę, ulotny klimat, co i rusz kojarzący się z mruczącymi, afrykańskimi wioskami, skargą tych ludzi, może nawet czymś w rodzaju złości, że ta kraina umiera. Tak właśnie odbieram pływacy z płyty przekaz. Przekaz będący gdzieś poza słowem, bo w samym lirycznym meritum nie zawsze udaje się zespołowi wymyślić specjalnie zapadający w pamięć komunikat. Przewijające się „między wierszami” harmonie hipnotyzują, zatopiona w klawiszowym sosie ornamentyka jest nieinwazyjna i tylko od czasu do czasu przed szereg  wychodzą mocniejsze, wyraźnie rockowe utwory. I to one w pierwszej kolejności zwracają uwagę. Co ciekawe, same konstrukcje poszczególnych kompozycji nie zawsze opierają się o typowo piosenkowy schemat, mają jednak tę przystępność, która pozwala docenić popowy potencjał jaki w nich tkwi. Być może studyjna produkcja oszlifowała kompozycje, które pokryte zostały grubą warstwą plastiku, ale z drugiej strony powstał spójny i pozornie łatwy w odbiorze album. Pozornie, bo sporo tutaj detali, świadczących o kunszcie braci Kongos.Foto Yustin Yee

Wspomniane lokomotywy to przede wszystkim „I Want It Free” – jest dynamika, charakterystyczne motywy klawiszowe i nieśmiertelny akordeon. Tuż za tym utworem pojawia się „Birds Do It” o podobnej konstrukcji i wreszcie „I Don’t Mind” – zdecydowany numer jeden, oparty o lekko reggae’ową pulsację, ponownie eksploatujący możliwości akordeonu. Te numery to prawdziwe, połyskujące delikatną egzotyką, przywodzącą na myśl dalekie echa world music, przeboje. Mając takie hity w zestawie, muzycy bez stresu mogą eksperymentować ze swoim stylem. I z tego eksperymentu wychodzą często ballady, podszyte nostalgią, jak w przypadku „Hey You, Yeah You”. Podobnie rezonuje „2 In The Morning”, z tym, że główną rolę przejmują w tym przypadku rozbudowane partie wokalne. Bardzo specyficzna harmonia, co przyznaję, w pierwszym momencie trochę mnie drażniła, ale trzeba Kongos oddać sprawiedliwość, że to wokalny majstersztyk. „Udnerground” kojarzy się z kolei z 30 Second To Mars, jest mnóstwo pulsującej, tanecznej elektroniki („Autocorrect”), choć zdarzają się też kompozycje zwyczajnie przeciętne, w rodzaju „Look At Me”, jednak zespół nigdy nie schodzi poniżej pewnego – wysokiego – poziomu. Najlepsze jest to, że grupa aranżuje warstwę instrumentalną z niesamowitym wyczuciem. Nie ma przesady, nikt nie wybija się do przodu, wszystko bardzo dobrze współgra, tworząc spójny, może ciut wymuskany, ale intrygujący obrazek. Nie zapominajmy przy tym, że to cały czas „tylko” muzyka rozrywkowa…

Kongos albumem „Egomaniac” po raz kolejny nie wyważają otwartych drzwi, mają jednak talent i choć braku takiego albumu nikt by pewnie nie zauważył, trójeczka jest w pewnym sensie symptomatyczna dla współczesnej, pop rockowej sceny indie. W stosunku do młodszego o dwa lata krążka Lunatic notujemy wyraźny krok do przodu.  Trzęsienia ziemi brak, ale masa przyjemnych wrażeń zapewniona.

Arek Lerch

Pięć