KONGH – Sole Creation (Agonia Records)

Muzyczne uwstecznianie (ładniej zwane sięganiem do korzeni) nie zawsze oznaczać musi marną jakość. Bardzo często jest wręcz odwrotnie, czego dowodem jest choćby doskonała kondycja sceny stoner/doom/sludge. Magia mocarnego riffu jaką objawił temu światu Black Sabbath ma w sobie bowiem ciągle nie do końca odkryte pokłady kreatywnych inspiracji, z których czerpią kolejne pokolenia. W przypadku Kongh inspiracja klasycznymi dziełami sprzed ponad trzech dekad nie jest może aż tak oczywista lecz i tak trudno nie usłyszeć na „Sole Creation” ducha tamtych pięknych, przeżartych narkotykami i wódą czasów…

 

Inspiracje Kongh z pewnością są bardzo szerokie, trudno też nie zauważyć, że rdzeniem, wokół którego Szwedzi budują swoją muzykę są klimaty z lat 70-tych. Właściwie każdy z czterech monumentalnych numerów jakie znalazły się na opisywanej płycie nosi w sobie (może i nieoczywisty, ale trudny do pominięcia…) pierwiastek klasycznych dokonań Led Zeppelin, połączony z obezwładniającym ciężarem Black Sabbath i… brudem, jakim epatował Eyehategod. To nie jest muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Kongh można wręcz uznać za wzorzec, czyste przeciwieństwo takiego określenia.

Kongh mieszają hard rock z doomem, stoner z brudnym i prymitywnym sludge. Efekt jest taki, że całość brzmi cholernie potężnie i nieprzystępnie jednocześnie. Riff o sile i subtelności gromu przybiera tu niejednokrotnie formę bardzo melodyjną lecz za każdym razem jest to tylko jedna z wielu twarzy zespołu. No bo czy może być inaczej, skoro King Kong(h) potrafił jednocześnie kochać i niszczyć wszystko na swojej drodze? No dobra, zagalopowałem się trochę, ale słuchając tego materiału nabieram pewności, że zarówno nazwa jak i okładka nie są przypadkowe. Wielowymiarowość jest tu równie znacząca co ciężar i surowe brzmienie. Brudne, sludge’owe doły połączone z melodyjnym śpiewem czy doom’owe, niemal epickie fragmenty zespojone z obłąkanym wrzaskiem to tylko dwa dowody na to, że Kongh stawia na różnorodność.

„Sole Creation” to doskonały i zarazem cholernie trudny album. Słuchanie muzyki Kongh to ciągła walka z przytłaczającym ciężarem, ciągłe przedzieranie się przez pokłady brzmieniowego brudu. Jest to też materiał, który zmusza do uwagi a słuchanie „przy okazji” spowodować może jedynie głupi wyraz twarzy…

Wiesław Czajkowski

Pięć