KOCHANOWO I OKOLICE – Przemek Jurek (Wydawnictwo Anakonda)

Czy „Kochanowo i okolice” to lektura dla pokolenia 30+ i 40+? Czy współczesny 15 – 20 latek może wyciągnąć z niej coś dla siebie? Czy to tylko komedia, rozrywka, czy może zajadła satyra na współczesne życie i trudność w dokonywaniu wyborów? Nie wiem, czy jako przedstawiciel pokolenia 40+ jestem w stanie obiektywnie napisać coś na temat tej powieści, wiem za to, że świetnie się bawiłem. Nawet jeśli był to śmiech o bardzo sentymentalnym zabarwieniu…

Najpierw kilka faktów, w celu uporządkowania tła. Mała miejscowość, gdzieś w Polsce, miejsce nie ma znaczenia, grunt, że daleko od tzw. dużych ośrodków kultury… Kilku kolegów, od lat hołubiących swój death metalowy zespół Exterminator, który, co tu dużo mówić, kariery zawrotnej nie zrobił. Każdy ma swoje życie i rodziny, ale nadal gdzieś tam podskórnie chcieliby jeszcze zaszaleć. Nadarza się wreszcie okazja i możliwość zgarnięcia czegoś w rodzaju stypendium dla młodych (!) talentów. Suma niebagatelna, 12 tys. zł., za które zespół mógłby wreszcie – po latach – nagrać porządną płytę, jednak wiąże się to z koniecznością występu na dożynkach w roli supportu… Kombii. Oczywiście, z repertuarem nieco lżejszym niż smolisty i szatański death… Najbardziej nie cierpię, kiedy ktoś polecając mi jakąś powieść, koniecznie chce uszczęśliwić mnie streszczeniem książki od pierwszego do ostatniego wyrazu. Pomny tych doświadczeń, nie zdradzę, szanowny czytelniku, jak potoczy się owa historia, jakie będzie miała zakręty i wreszcie finał.

Od strony konstrukcyjnej powieść prowadzona jest dwutorowo: główny bohater, będący narratorem historii, równolegle do toczących się wydarzeń, wspomina początki swojej przyjaźni z muzyką, a konkretnie z zespołem… Kombi. Ten wątek jest pretekstem do powrotu w lata siermiężnej rzeczywistości lat 80 – tych, które, zauważam to ze zdziwieniem, są przez dzisiejszych iluś – tam – latków traktowane z dużym sentymentem i pewną dozą romantyzmu. Sam jestem tego dobitnym przykładem, z tym, że moje początki to Depeche Mode i magnetofon kasetowy a nie gramofon. Sposób narracji jako żywo przypomina mi książkę Orbitowskiego „Tracę Ciepło”, choć w „Kochanowie” raczej nic ponadnaturalnego się nie wydarzy. Można potraktować powieść jako apoteozę fascynacji muzyką, fascynacji niemal po grób, w kapciach, ale z podniesionym czołem. Jest tu jednak zawarte pytanie, które mnie osobiście nurtuje, mianowicie jak daleko można się ze swoimi kompromisami posunąć? Czy dojrzałość ma oznaczać poddanie się biegowi życia, z wszystkimi tego konsekwencjami, czy może chylić czoła należy przed tymi, którzy za wszelką cenę idą pod prąd?

Bohaterowie powieści mają swoje dylematy, które mogą kogoś śmieszyć, jednak w większym lub mniejszym stopniu dotyczą każdego z nas, niezależnie, czy pracujemy za biurkiem czy w tartaku. Z drugiej strony, jest to dla mnie satyra na typowe, polskie dzielenie sceny muzycznej na frakcje, ruchy itp. W tym miejscu przytoczę dykteryjkę. Grałem kilka lat temu koncert w monachijskim klubie Backstage. Miejsce to ciekawe, składające się w zasadzie z dwóch sal – mniejszej i większej. W czasie naszego pobytu, na dużej sali grał zespół Gorgoroth. Pamiętam kolejki do tych dwóch sal – obok siebie stali wymalowani fani ekipy Gaahla i hardcore’owi scenersi. Miło, grzecznie i w przyjaźni. Sytuacja, której w Polsce bym nie zaryzykował z obawy o to, czy karetki pogotowia nadążyłyby wozić rannych… Czytając powieść Przemysława Jurka, zastanawiałem się, czy właśnie owo przywiązanie do konkretnej muzyki nie jest tylko niepotrzebnym, polskim wymysłem (odpowiednio celebrowanym), chęcią reperacji naszych, atawistycznie polskich instynktów stadnych? W tym miejscu chciałbym zrobić konkurs – ilu z Was (nie znając zakończenia historii) uważa, że Exterminator powinien się sprzedać w imię kilku judaszowych (wójtowskich?) srebrników? Z drugiej strony, nadal pokutuje u nas przekonanie, że po przekroczeniu pewnego wieku NIE WYPADA robić rzeczy przypisywanych szczeniakom. To dlatego pełno u nas smutnych, obwisłych ludzi po czterdziestce, którzy są w zasadzie martwi, choć jeszcze o tym nie wiedzą. „Kochanowo” porusza takie wątki i pod pozornie żartobliwą, ciepłą wręcz opowieścią, kumuluje mnóstwo całkiem gorzkich obserwacji naszej rzeczywistości. Jasne, byłbym hipokrytą, nie zauważając zmian, jednak mental, taki zbiorowy i uśredniony, nadal jest naszą kulą, której jeszcze długo się nie pozbędziemy.

Jest powieść także swego rodzaju pochwałą życia w Polsce B, które okazuje się być ciekawsze i zdrowsze niż tłoczenie się w czterdziestometrowych klitach, zwanych apartamentami i udawanie, że śmierdzący autobus komunikacji miejskiej lepszy jest od wiejskiego powietrza. Słoiki coś o tym wiedzą, ale zwyczajnie boją się do tego przyznać. To dla Was jest ta powieść. A w miejsce gitar wstawcie sobie, co tam chcecie…

Arek Lerch