KOBIETY – Podarte Sukienki (Thin Man Records)

Było kiedyś takie hasło „polskie zespoły śpiewają polskie piosenki”. I pasuje ono jak ulał do nowej piątej płyty Kobiet. Bo Kobiety to pierwszy, polski zespół, który z pisania prostych piosenek zrobił sztukę. I zadaje tym samym kłam twierdzeniu, że najtrudniej jest pisać nieskomplikowane przeboje. Ekipie Nawrockiego przychodzi to z zadziwiającą lekkością, chociaż trzeba oddać też sprawiedliwość – miłośnicy pieśni biesiadnej i prawych do lewego, w muzyce Kobiet nie znajdą niczego dla siebie. Gdzieś tam przylgnęło do muzyki Kobiet określenie avant pop. Ja zamieniam go na lepsze – „pop inteligentny”. „Podarte Sukienki” są najlepszym dowodem na słuszność tej teorii.

Grzegorza Nawrockiego śledzę już od czasów świetnego debiutu „Światowid” zespołu Ego. Wtedy, w latach 90. pierwszy raz zwróciłem uwagę na charakterystyczną manierę kompozycyjną i wokalną, pierwszy raz pojawiły się też piosenkowe konotacje artysty, który po drodze kolaborował z różnymi tuzami sceny polskiej, że wspomnę chociażby Tymona Tymańskiego. Dzisiaj główną „tubą reklamową” Grzegorza są Kobiety, który to zespół pod koniec minionego roku popisał się świetnym, nowym krążkiem. Przez niektórych określanym jako najlepszy w karierze, dla innych nie przeskakującym poprzedników. Zgadzam się… z wszystkimi. Bo faktycznie – pomijając charakterystyczne punkty wspólne, Podarte Sukienki bronią się przede wszystkim jako całość, zestaw świetnie skomponowanych numerów, które raczej w eterze brylować nie będą. Być może w ten sposób stworzona pewna „elitarność” nowego dzieła Kobiet powoduje, że sprawiają mi „Sukienki…” dużo większą radość. Kolejna oczywistość – przeboju na miarę „Marcello” z debiutu raczej tu nie znajdziemy. „Podarte Sukienki” to najbardziej zróżnicowany zestaw jaki przygotował Nawrocki ze swoją ekipą; można poszukiwać porównań do poprzednich płyt, bo faktycznie, umieszczanie poszczególnych piosenek w różnych okresach działalności Kobiet może być ciekawą zabawą, ja jednak staram się traktować płytę jako dzisiejszy stan zespołowego umysłu. Kobiety band
A jest on mocno, hmmm, pokręcony. Nadal dominuje w muzyce Kobiet swego rodzaju jasność, przełamana psychodelicznymi wibracjami. Jest beatlesowska „Brzytwa”. Jest zwichrowany, adekwatnie zatytułowany kawałek „LSD”. Nie ma hitów, ale jest np. uśmiechnięty „Bohater gorących romansów” czy „Szczęśliwy dzień”. Faktycznie, może uszczęśliwić największego smutasa. To tylko pewne punkty odniesienia, momenty, które akurat dzisiaj mnie zachwyciły. Być może jutro będzie to „Eksplozja cudów” czy rewelacyjny i najdłuższy na płycie kawałek tytułowy. Czasami bawię się w grę pt. „który kawałek wyrzucamy”. I często trafiają się płyty, które po okrojeniu ze zbędnych narośli stają się niemal idealne. Z „Podartych Sukienek” na razie nie wyrzucam niczego. Także ze względu na teksty – bardzo charakterystyczne, zapadające w pamięć nie mniej niż melodie, które albo „wchodzą” gładko, albo zwyczajnie drażnią. Bo cała twórczość Nawrockiego&co taka właśnie jest – trzeba ją pokochać z całą, charakterystyczną manierycznością, specyficznym podejściem do frazowania i harmonii. Wtedy nieszczęśliwy romans gwarantowany.
Piąta płyta Kobiet cieszy mnie głównie z powodu zachowanej, wysokiej jakości i intelektualnej zabawy aranżacyjnej. Nie muszę nucić i tupać nogą, bo równie rozrywkowe jest ich w przypadku zabawianie się wychwytywaniem kolejnych, poukrywanych niuansów, powodujących, że jeszcze długo będę do „Podartych…” wracał. Zatem – jest najlepsza, czy nie jest? A może – jest Kobieca?

Arek Lerch

Pięć i pół