KINSKY – Copula Mundi (Requiem Records)

Wznowione po ponad 20 latach kompaktowe wydanie „Copula Mundi” zespołu Kinsky to podwójna radość – po pierwsze, że wreszcie jest, po drugie bo jakość wydania wgniata w ziemię. Pomijam tu samą muzykę i grupę, o której po reaktywacji zrobiło się znowu głośno, bo i planowany nowy (a w zasadzie stary, bo nagrany lata temu…) materiał i koncerty, zatem pojawienie się debiutanckiego, zremasterowanego albumu możemy potraktować jako coś oczywistego, czego… wcale nie musiało być.

W zasadzie ta recenzja pasuje do naszego retro – cyklu, ale ze względu na okoliczności trudno w ten sposób poniższe słowa traktować, co nie odwiedzie mnie jak zwykle od osobistych wtrętów. Choć tym razem perypetie z płytą związane są banalne – kasetę sprzedałem z własnej woli w 2000 roku (czego dzisiaj żałuję…), zaś zakupiony w jedynie słusznych czasach kompakt dobrą dekadę temu pożyczyłem i… już do mnie nie wrócił. Krążek na aukcjach osiągał kosmiczne ceny a ja plułemKinsky fot. Joanna Sochaj sobie w brodę, że byłem taki głupi. Cóż, dzisiaj już nie muszę się denerwować. W  zasadzie płyta jest do omawianego tu wydawnictwa jedynie dodatkiem. Wydawca zrezygnował z odwzorowania oryginału (stąd brak klasycznej okładki), ale wpadł za to na pomysł, który każdego maniaka polskiej, ambitnej rozrywki musi przyprawić o skok adrenaliny. Otóż, wyszperał szereg ciekawych materiałów i sklecił z nich solidną, wielostronicową książeczkę, będącą kompendium wiedzy na temat zespołu Kinsky. Jest więc biografia napisana przez Łukasza Strzelczyka, archiwalne zdjęcia, wypowiedzi muzyków, fragmenty tekstów i manifestów, przedruki artykułów na temat grupy, wywiady stare, ale i najnowsze itp. To wszystko tworzy świetny kontekst do samej muzyki. W zasadzie choćby i z tego tylko powodu warto mieć nowe wydanie, świetnie opracowane pod względem graficznym; w dobie ubogich, traktowanych po macoszemu kompaktów, „Copula Mundi” to rarytas i nie wątpię, że za czas jakiś stanie się kolejnym, białym krukiem. Choć i tak chciałbym postawić tuż obok wersję oryginalną…Manifest

A muzyka? Czy w 2015 roku ma jakikolwiek sens po raz nie wiadomo który analizowanie tego co znalazło się na debiutanckim krążku tego intrygującego kwartetu? Filozoficzne zaplecze tworzy fragment manifestu, który możecie sobie poczytać gdzieś obok, zaś dźwięki nawet w dniu dzisiejszym, kiedy słowo „eklektyzm” stało się kluczem do rozumienia histerii, rozgrywającej się na naszych oczach, intrygują i są w jakimś sensie tajemnicą. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz, w 92 roku, zetknąłem się z tą płytą, nie do końca rozumiałem jej sens, te wszystkie dziwne, drone’owe wycieczki wydawały mi się stratą czasu; okazuje się, co jest niezłym paradoksem, że płyta wyprzedziła swój czas o jakieś dwie dekady, bo takie fragmenty jak „Coincidentia Oppositorum” czy „Multiplied by Hypercube” mogłyby być skomponowane przez współczesnych, brodatych maniaków post metalowych odjazdów. Tworzenie rozbudowanych, wielopłaszczyznowych struktur, jazzrockowe myślenie o aranżacji („Rectangular Seal”, „Les Fleurs du Mal” czy „Mediator Iscariota”) to dla zespołu rzecz oczywista. Zaskakujące jest to, że słuchając np. „Lamentabili” czy „L-Homme Machine”, człowiek nagle uzmysławia sobie, kto inspirował zespół Kobong. Do tego dochodzi trans, spora dawka noise’owych szumów i zgrzytów i oczywiście manifest, czyli „Światłem ciała jest oko”. Tak, „Copula Mundi” nie zestarzała się, jest cholernie aktualna, intrygująca i inspirująca. Nadal. Muzyka na płycie poddana została remasteringowi (Jakub Gadomski), na szczęście, to jedynie drobna „polerka”, przez co nadal możemy cieszyć się piękną surowizną tych nagrań.Książeczka

Nie mam zamiaru pastwić się dłużej nad płytą, bo o zespole można poczytać czy to w NOISE czy w innych magazynach, ba można pójść na koncert a w przyszłym roku doczekać się wreszcie nagranego lata temu krążka „Praeterito Futurum” (wstępnie premiera planowana jest na wiosnę 2016…). Nasuwa mi się tu pewna analogia, mianowicie, dzisiejszy status Polaków przypomina mi poreaktywacyjną sytuację Swans, którzy przeżywają od kilku lat drugą młodość. Choć, zważywszy na nieprzewidywalność zespołu Kinsky, kto wie, co się może na naszym podwórku wydarzyć. W każdym razie, cieszymy się, słuchamy a do Requiem Records – poza podziękowaniami – mam petycję: bierzcie teraz na tapetę od lat niedostępny debiut Kobong!

Arek Lerch

Zdjęcie zespołu: Joanna Sochaj