KINGS OF LEON – WALLS (RCA/Sony Music)

Kojarzycie teorię grubego i chudego? W przypadku takich zespołów jak Kings of Leon sprawdza się idealnie. Czyli – parafrazując – zanim zespoły grające agresywnego rocka i metal złagodnieją, te spokojniejsze, bliższe indie rockowego środka zejdą zupełnie na psy. Kingsi na poprzednim krążku Mechanical Bull wyraźnie zaznaczyli, że dojrzeli, zapomnieli o narkotykach czy bójkach, skupiają się na rodzinie i przymierzaniu kapci. Na „WALLS”, niestety, słychać, że kapcie ich przykryły.

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego niektórzy artyści potrafią cały czas nagrywać płyty na równym poziomie; raz lepsze, raz gorsze, ale ogólnie do przyjęcia, zaś część wykonawców, po wydaniu jednego czy dwóch bombastycznych krążków, zalicza spektakularny zjazd w dół. Dywagacje są szczególnie istotne dzisiaj, kiedy słucham „WALLS”. Płyty, która miała wyjaśnić gdzie znajduje się obecnie Kings of Leon a zamiast tego pozostawia w zasadzie same pytania.kings-of-leon

Pierwsze z nich brzmi: po jaką cholerę na jednej płycie umieszczać aż tyle melancholijnych niby – ballad, które w większej dawce strasznie nudzą? Na „WALLS” takich wałków jest przynajmniej pięć. Być może „Over” oparty na motorycznym basie i „zamglonej” aranżacji jest do przyjęcia, ale już ”Conversation Piece”, smętny „Muchacho” czy utwór tytułowy to numery, które niczego do muzyki Kingsów nie wnoszą. Ani aranżacyjnie, ani brzmieniowo, na dodatek nie są nawet specjalnie przebojowe. Jedna czy dwie takie kompozycje mogłyby urozmaicić płytę, jednak w większej ilości zastanawiają, tym bardziej że reszta materiału też nie jest specjalnie dziarska. Owszem, gdzieś tam są przebłyski dawnej świetności: indie rockowy „Around The World”  a w szczególności „Find Me” czy „Waste a Moment” to całkiem strawne/sprawne numery. Całkiem, bo w zasadzie nie są ani zbyt „nośne” ani nie noszą znamion geniuszu. Po prostu – solidny, rockowy Kings of Leon. Choć czasami ten rock może przybierać formy nieco karykaturalne, jak np. „Eyes on You”, gdzie nagromadzenie radości i lukru zaczyna zwyczajnie wkurwiać. Materiał cierpi na zwyczajny brak inwencji. Oczywiście, muzycy z takim doświadczeniem wiedzą jak w rzemieślniczy sposób opracować parę banalnych riffów, dodać do tego kilka typowych dla siebie smaczków i sprzedać w ciekawej oprawie. W zasadzie najbardziej cieszy mnie właśnie okładka, bo jest robiona w tradycyjny sposób – zamiast komputerowego projektowania mamy rzeźbienie facjat i zanurzanie ich w jakimś mlekopodobnym roztworze.

Przykra sprawa z tą płytą. Przyznam, że lubię Kings of Leon, więc cierpliwie czekałem, kiedy muzykanci w końcu się rozkręcą, tymczasem okazuje się, że tylko dobra „Mechanical Bull”, w kontekście „WALLS” jest w zasadzie rewelacyjna, kipiąca melodiami i życiem. Życiem, którego na nowej płycie nie słychać – i o to też chciałbym się zapytać: gdzie pojawił się dawny wigor?! Muzycy podkreślają na każdym kroku, że dojrzeli, uspokoili się, wyleczyli z nałogów, przestali szaleć. Szkoda, że wraz z przejściem na rockową kanapę, założyli sobie dodatkowo kapcie razem z kajdanami. Mam nadzieję, że kiedyś podźwigną się z tego marazmu…

Arek Lerch

Dwa