KINGS OF LEON – Mechanical Bull (RCA Records/Sony Music)

To była prawdziwa kariera w amerykańskim stylu – od dzieciaków studiujących święte pisma do rozbestwionych gwiazd rock’n’rolla. Wszystko jednak się kończy i także w przypadku Kings of Leon musiało nastąpić przesilenie – na szczęście (czy też nieszczęście…), nie rozpadli się i nie zapili na śmierć. Być może zrozumieli, że fajniejsze jest konsumowanie materialnych efektów oszałamiającego sukcesu niż pogrążenie się w niebycie? Najnowsza, szósta płyta klanu Followill’ów to dźwiękowy obraz owej sielanki w jaką aktualnie wpadli. Co może się podobać, albo wręcz przeciwnie…

O tym marzy każdy muzykant pod każdą szerokością geograficzną (ok., może poza Fenrizem…). Zahukani synowie pastora zrywają się ze smyczy i docierają na największe estrady świata. Historia łzawa i banalna – kiedy szanowny ojciec zrezygnował z głoszenia dobrej nowiny i rozwiódł się z mamusią, chłopcy rzucili się w wir rozrywek, które dotychczas były dla nich zakazane. A to niemal automatycznie popchnęło ich w świat rock’n’rolla. Musieli mieć talent i charyzmę, bo inaczej przepadliby z kretesem w głębokim jak Bajkał, muzycznym biznesie USA. Pomijamy w tym miejscu perypetie, wspinanie się na szczyt, w każdym razie zdarcie kolan opłaciło się i krążki „Because of the Times” i „Only by the Night” wystrzeliły Kingsów na orbitę finansowego i artystycznego sukcesu. W parze z sukcesem szedł diabeł, który pchnął ich na krawędź, co mogło skończyć się muzycznym zawałem. Była zatem przerwa w działalności, terapie i wszystko, co wiąże się z ciemniejszą stroną tego biznesu. Ktoś mądry doradził im jednak, że lepiej smakować ów sukces nieco bardziej rozsądnie i oto mamy nowy rozdział w życiu muzyków. Pozbierali się, z pomocą bądź nie, to już winna bajka, grają dalej. Jedynie w wywiadach mówią o tym, że liczy się: rodzina, żony, dzieci, spokój itp. Sielanka niemożliwa, za wysokimi płotami cholernie drogich rezydencji. Żałujemy im tego? Nie.

I tu właśnie pojawia się płyta „Mechanical Bull”, powstała już w zupełnie nowej rzeczywistości. Recenzenci zgodnie przyznają, że ostatnim, genialnym dziełem pozostaje „Only by the Night”. Przypomina się stare porzekadło, że muzyk płodny musi być zły i głodny. Nasz klan głód zna tylko z opowieści traperów a złość została zapewne zastąpiona ślubnymi obrączkami, dlatego dzisiejsza pozycja grupy jawi mi się jako neoficka próba odczarowania rzeczywistości i udowodnienia, że nie tylko potrafią dać czadu na scenie, ale także grzecznie zmieniać pieluchy. A w ślad za takimi zmianami idą przecież dźwięki. Dostaliśmy po prostu odbicie tej zespołowej, sielskiej egzystencji w Nashville, na łonie rodzin. Kings Of Leon nagrali spokojną, zrównoważoną i ciepłą (??), rockową płytę. Płytę, w której, niczym w zwierciadle odbija tradycja muzycznej Ameryki – blues, country, alternatywny rock. Grany ze znawstwem i pewnością siebie. Jeśli ktoś oczekiwał surowizny i hałasu, srodze się zawiedzie. Zespół fajnie operuje brzmieniami, czasami zapadając się wręcz w klasykę rocka, to znowu lekko dociskając pedał i wtedy brzmi niczym braciszek Queens Of The Stone Age. Płyta jest bardzo melodyjna, co drugi kawałek pojawić się może na listach przebojów. Klan Followill’ów odkrył swoiste perpetuum mobile i tego się trzyma, bo w ten sposób dociera do każdej, zapadłej wioski od New Jersey po Oregon. Pozostaje tylko pytanie, czego tak naprawdę w dzisiejszych czasach od takiego zespołu oczekujemy? Bo przecież płyta „dobra” to dla Kings Of Leon chyba za mało, a do poziomu „bardzo dobrego” czy „rewelacyjnego” tym razem, niestety, trochę brakuje. Ktoś może stwierdzić, że „Mechanical Bull” jest objawem twórczego kryzysu; skoro jednak Metallica nagrywała płytę w towarzystwie bandy tearapeutów i psychiatrów, Kingsi mogą cieszyć się z rodzinnego ciepełka i przekładać je na dźwięki.

To już chyba syndrom naszych czasów – zespoły z długim stażem nagrywają płyty w kapciach, sygnalizując na wszystkie strony swoją dojrzałość i równowagę, że wymienię tylko Peral Jam czy Nine Inch Nails. Do tej grupy dołącza Kings Of Leon i czy tego chcemy czy nie, na kolejne, wyrywające z butów wydarzenie z tego kręgu przyjdzie nam trochę poczekać. Pamiętajmy jednak, że czas wszystko zmienia – żony się znudzą, rezydencje przyblakną, dzieci zaczną wkurwiać i może wtedy w dźwiękach znowu pojawi się frustracja? Zmarły dzisiaj wielki Lou Reed, do ostatnich chwil niepokorny i artystycznie drażniący, nie krył, że do finałowego tchnienia zmagał się z używkami i całą masą demonów. Coś w tym jest…

Arek Lerch

Cztery