KING WOMAN – Created in the Image of Suffering (Relapse Records)

Odnosząc się do samej zawartości „Created…” mógłbym ograniczyć się do wklejenia tu dwóch gifów z ziewnięciem i machnięciem ręką, internet jest pod tym względem elastyczniejszy niż kultowy i magiczny druk. Dużo ciekawszy od samej w sobie płyty King Woman jest kontekst, w jakim się ona ukazuje. Konfetti i baloniki po raucie z okazji 25-lecia Relapse Records dawno już posprzątano i może czas uczciwie sobie powiedzieć, że w ostatnich latach w stajni Matta Jacobsona, jak rzekł klasyk, „coś się popsuło”.

Koncepcja przyświecająca King Woman wygląda dobrze na przysłowiowym papierze. „Połączenie Black Sabbath i Mazzy Star” może nawet kogoś zainteresować, jeśli się lubi oba zespoły, a ja lubię. Nie biegam co prawda z wywieszonym jęzorem za każdym doom-rockowym hordem z wiedźmą na wokalu, ale potrafię sobie wyobrazić gorszą muzykę. Niestety, pomysł doczekał się nędznego wykonania. King Woman to autorski projekt Kristiny Esfandiari z dosztukowanymi klezmerami w tle, i to słychać. Kompozycje i aranż sprawiają wrażenie podkładu pod wokal, który z rzadka tylko milknie, bo to pani artystka ma być na pierwszym planie, a nie jakaś tam praca zespołowa. Po prawdzie, „Created…” to zawodzenie pod byle jaki doom, który z shoegaze zaczerpnął nie landrynkową melancholię a wiadra gęstego smętu. Kristina raz jest fanką drugiej płyty Chelsea Wolfe, a raz niewyspaną Lisą Gerrard, która ziewa, a ja razem z nią, bo debiut King Woman jest przede wszystkim koszmarnie nudny.

Brnę przez „Created…” i wspominam czasy, kiedy dosłownie każda premiera sygnowana przez Relapse Records była wydarzeniem. Kiedy Neurosis, Nile, Nasum, Mastodon, Dillinger Escape Plan czy Brutal Truth wyrywały się z podziemia i wbijały klinem w metalowy mainstream. Jasne, że i we współczesnym katalogu Relapse trafiają się godne pozycje, ale jako całokształt jest on bladym odbiciem tego, co kilkanaście lat temu wyznaczało trendy i standardy. Oprócz strzałów znikąd w rodzaju Ulcerate, Horseback czy Inverloch, Relapse anno 2017 to głównie z metra cięty doom/sludge, kapele dla dzieci (Myrkur, Iron Reagan) oraz kapitalizacja przeszłości własnej (winylowe reedycje) i cudzej (wznowienia płyt Death, Sacrilege etc.) Mówimy o stajni, która dała światu „Horrified” i „Leviathan”, a dziś wydaje czereśniackie pokraki, takie jak King Woman. Może jest aż tak źle z muzyką, że nie ma komu ciekawemu dać kontraktu do podpisania, i tak dobrze z rynkiem, że sprzeda się nawet liga powiatowa, w której gra Babokról? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.KW

Powyższe przeładowane emocjami gorzkie żale to szloch redaktora za czasami, w których płyty odkrywało się według klucza wytwórni. Na przełomie wieków charakterystyczna naklejka na górnym grzbiecie pudełka z logiem Relapse Records stanowiła znak jakości, który brało się w ciemno. Dziś nawet zapominam sprawdzać co tam nowego na ich bandcampie, a kolejne premiery witam nie przyspieszonym tętnem, a uniesioną brwią. Relapse jest obecnie jak spotkana po latach koleżanka ze studiów – ta najładniejsza na roku, która najlepiej się uczyła i mogła mieć każdego faceta. Dziś widzisz, jak starzeje się z przypadkowymi życiowymi przegrywami, utrzymuje ich z litości i opowiada na fejsbuku jaka jest szczęśliwa. Może i nawet jest, ale i tak jest ci jej żal, bo czas leci, a potencjał rozmienia się na coraz drobniejszy bilon.

Bartosz Cieślak

Dwa