KING KRULE – The OOZ (XL Recordings/Sonic)

Być może to trochę spóźniona recenzja, ale warto było czekać, bo dzisiaj w warszawskiej Progresji wystąpi rudy młodzian ze swoim nowym repertuarem z płyty „The OOZ”. Czy w stosunku do poprzedniczki – 6 Feet Beneath The Mooncoś się zmieniło? I wszystko i nic w zasadzie, co tym bardziej obliguje mnie do obejrzenia tego pana na żywo, bo to może zmienić moje postrzeganie  – i płyty i jego samego. W zasadzie w jedną albo drugą stronę.

Na swoim debiucie Archy Marshall uderzył bardzo celnie jak na młodego adepta sceny – oszczędnie, z bólem wyśpiewane piosenki zaoranego życiem nieudacznika, w dodatku z gardłem przeszczepionym od Waitsa skrzyżowanego z Cohenem. Żarło to straszliwie i śmieszyło jednocześnie jak ktoś obejrzał zdjęcia rudzielca. W zasadzie mógł pójść za ciosem, postanowił jednak nieco poeksperymentować i efekt w postaci „The OOZ” wzbudził tu i ówdzie trochę kontrowersji. Głos pozostał ten sam, postura takoż, ale muzycznie dzieje się… inaczej, często lepiej czasami mniej lepiej. Przede wszystkim słychać, że Marshall chciał szukać własnego „ja”, i w tych wycieczkach zawędrował bardzo daleko. Problem (a może właśnie szczęście) w tym, że własnego języka nie znalazł, dlatego płyta brzmi trochę jak pamiętnik poszukiwań, prób, błędów i niespodziewanych zaskoczeń. Prawda, że trochę to dziwne? A może i męczące. W zależności od tego, kiedy, w jakich okolicznościach i nastrojach słucham tej płyty, dobrze się bawię, albo skaczę po różnych miejscach krążka. A że Archy przygotował aż 19 piosenek, jest z czego wybierać.KK_Press_Credit_Frank_Lebon

Różnorodność z jednej strony nie zaskakuje, bo King Krule znany jest z tego, że w wiele miejsc zagląda, ale tu faktycznie dzieje się (za)dużo. I tak finalnie zastanawiam się, czy gdyby Archy zdecydował się wywalić z płyty z 6-7 piosenek, nie powstałby album, który urywałby łeb. A tak trzeba się trochę poboksować. Zaczyna się świetnie, pierwsza część płyty to zdecydowanie dużo dobra. Zawadiacki „Biscuit Town”, kejwowsko rozchwiany “The Locomotive”, indie – hip hopowy „Dum Surfer” z dęciakami, transowo-psychodeliczny „Logos” czy kojarzący się z Nightmares on Wax „Sublunary” wsiąkają w mózg bez problemu, ciesząc bogatymi instrumentacjami. Inna sprawa, że aranżacje brzmią trochę jak szkice, którymi Archy przez moment się bawi, by szybko porzucić na rzecz nowych zdobyczy. Czyli melancholii i rozlazłej psychodelii („Cadet Limbo”, „Czech One” czy „Lonely Blue” brzmią jak płaczliwe wyznania zagubionego nastolatka – nie kupuję…), która rozlewa się między tymi lepszymi momentami, trochę psując koncepcję albumu. Dziwny jest alt country’owy „Vidual”, nie pasuje do stawki rock’n’roll (?) „Half Man Half Shark”. Słychać, że Marshall ma mnóstwo pomysłów i chęci; przy okazji debiutu cieszyłem się z tego, że King dostał od wytwórni wolną rękę, dzisiaj widzę, że jednak potrzebuje kogoś w roli producenta/doradcy, kto pomógłby mu skompletować zwartą, zamkniętą całość. A tak możemy cieszyć się pamiętnikiem z podróży po muzycznych światach, od sasa do lasa… dlatego nie wystawiam oceny.

Obiecuję, że gwiazdeczki wstawię po obejrzeniu i wysłuchaniu dzisiejszego koncertu…

… i jak obiecałem, tak robię.

Arek Lerch

Cztery