KING KRULE – Man Alive! (XL/Sonic)

Zaprawdę powiadam, czasami dramatycznie być tzw. złotym dzieckiem. Bo jak wiadomo, nie wszystko złoto co się świeci a dodatkowo, każdy kruszec kiedyś zaczyna wietrzeć/śniedzieć i co tam jeszcze. Nie powiem, że ta przypadłość trapi nowe dzieło rudzielca o zmęczonym głosie, ale chyba coś zaczyna być na rzeczy. W każdym razie, nowy album zdradza takie właśnie bolączki, choć nie można mu odmówić swoiście rozumianej stylowości.

Archy Marshall, wyglądający jak niedorobiony licealista, którego koledzy zamykali po lekcjach w szafce na ubrania, okazał się być diamentem, który w Anglii wypatrzyła wytwórnia XL. Debiutancki album „6 Feet Beneath the Moon” okazał się strzałem w dziesiątkę. Zaskakująca oszczędność, wykreowany własny styl, oparty na głosie, jak to napisałem w recenzji, „zmęczonego życiem menela” i kilka dobrych piosenek. Wielki początek kontynuowany był na  „The Ooz”, która to płyta ujawniła pierwsze znaki zapytania: niby sympatyczny rozgardiasz – od minimali, po hip hopy, cave’owskie mroczki, psychodelię i snującą się elektronikę. Wszystko tu było i tym niefrasobliwym skakaniem po stylach w sumie Archy się obronił.KING KRULE

Dlatego nowa płyta jest w jakimś sensie konsekwencją chaotycznych poszukiwań, tyle, że zamiast organizować bałagan i wybrać z niego najlepszy kierunek, Archy działa po swojemu, ale chyba tym razem te firmowe kaprysy idą w nie do końca dobrą stronę. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że zaliczyłem, troszkę przypadkowo, koncert Kinga w lutym 2018 roku, który to występ tłumaczył w jakimś sensie jego popularność. Dlatego „Man Alive!” jest dla mnie trudnym kawałkiem muzy. Dlaczego? Chodzi o to, że brakuje na tej płycie dobrych kompozycji. No, piosenek po prostu. Całość brzmi jak jeszcze bardziej zawzięte pogłębianie śmietnika z „The Ooz”. Tyle, że tam, mimo wszystko, znalazło się sporo muzyki, która zostawała w głowie, była łatwiejsza do zapamiętania. Była iskra. Na tej płycie pozostał firmowy głos, olewcza blaza i brak kompozycji. Ale, żeby nie być zupełnie krytycznym, muszę przyznać, że materiał zawiera kilka kawałków, gdzie można posłuchać fajnej gry muzyków poza Archy’m – kompozytorem. Oczywiście mam na myśli utwory bogato zinstrumentowane, typu „Cellular”, post punkowy „Stoned Again” czy „Comet Face”, które – i tu muszę dodać niestety – są w mniejszości. Na nowej płycie Archy stwierdził, że musi być bardziej smutny (w jego mniemaniu: artystowski), głos musi brzmieć jakby miał chroniczny katar a melancholia (psychodelia?) powinna walić po twarzy. I tak właśnie jest – „Perfecto Miserable”, „Theme for the Ctoss” (kurde, nasłuchał się „Ghosteen”?!), „Please Complete Thee” czy „Energy Fleets” to tylko część przykładów. Oczywiście, tu pojawi się jakieś drgnięcie, tu fajny saksofon czy bardziej zadziorna gitara, ale… no właśnie, całość to kawalkada takich „snujów”, utworów, przy których dobrze się zasypia czy pije kawę, kiedy za oknem deszcz albo kurwawirus. Podobnie jak w przypadku ostatniego Cave’a, od czasu do czasu wracam do „Man Alive!” z nadzieją, że może odkryję fenomen. Głos jest. Melancholia jest. Blaza jest. Brakuje haczyka. Może następnym razem…

Arek Lerch 

Trzy