KING KRULE – 6 Feet Beneath The Moon (XL/Sonic)

Jest takie powiedzonko – „jak cię widzą tak cię piszą”. To nasza narodowa przypadłość, powodująca, że kiedy zerkam na foty Archy Marshall’a, chce mi się śmiać. Nie, nie… nie z rudego, angielskiego chudzielca, ale na myśl o tym, co mógłby zdziałać w naszym kraju ten niepozorny dziewiętnastolatek, który swoim debiutanckim longiem zrobił na wyspach sporo szumu.

Wyobraźmy sobie zatem, że Archy urodził się w Polsce, w średniej wielkości mieścinie. Jest chudy, rudy, ma okulary i lubi grać na gitarze, którą ojciec kupił mu za robione w fabryce fuchy. Gra, nawet pisze teksty, ma też atut – głos. GŁOS. W szkole sportowcy (to od ubioru, nie osiągnięć…) wyzywają go od gejów, nauczyciele z politowaniem, ale i bez specjalnej dezaprobaty przyglądają się jego wyczynom. Ok., zdobył laury na szkolnej akademii, choć koleżanki z klasy tego nie zauważyły, zapatrzone w modnie ubranego idiotę, którego ojciec, miejscowy radny, jeździ po mieście Wielkim Suwem (ktoś kiedyś powiedział – im większe auto, tym mniejszy ptak…). Wreszcie udaje mu się załapać na eliminacje do mamtalentu i… niespodziewanie dla wszystkich wygrywa ów opiniotwórczy szoł. Od razu też zabiera się za niego Duża Wytwórnia, pozbawiając złudzeń. Zespół? Żywe instrumenty? Własne kompozycje? Bosze… Tu liczy się kasa, gdzieś mamy ambicje, czas na marketing. Ukazuje się płyta, na której naszego rodzimego Archy‘ego jest może z 5% w postaci odpowiednio wystylizowanej gęby. Są jakieś koncerty promocyjne, prasa raczej zażenowana, bo z sensacji został bzdet. Za rok nikt o nim nie pamięta.

Może powinienem w tym miejscu napisać „na szczęście, rzecz dzieje się w Anglii”. Na szczęście pewnie tak, ale czy Archy ma szansę na dużą karierę? Być może, bo wydająca debiutancką płytę wytwórnia XL swoją ingerencję w muzykę młodziaka o głosie zmęczonego życiem menela sprowadziła raczej do postawienia swojego znaczka na kopercie. Wnioskuję to z muzyki, która jest tak oszczędna, że aż… podejrzana. Od razu słychać, że tu liczy się tylko głos Marshalla, jego kompozycje i melancholijno – depresyjna atmosfera. Być może „6 Feet Beneath The Moon” to odpowiedź na falę songwriterów z Ameryki, jednak zamiast wiatru we włosach czuć tu raczej przytłoczenie miejskim zgiełkiem i takież depresje.

Największą zaletą tej płyty jest asceza. Aż dziw, że taki młodzik nie bał się wypuścić krążka, na którym głównym udziałowcem jest głos. Może z jednej strony to młodzieńcza megalomania, a może wręcz przeciwnie, nienaturalna dojrzałość? Pozostajemy przy drugiej opcji. Towarzyszące wokaliście dźwięki to jedynie delikatne tło. Czasami jest to tylko surowa gitara akustyczna („Ocean Bed”), częściej pojawiają się delikatne sample, pulsujące czasami na dub’owo („Ceiling”), w innym miejscu mające coś z trip – hopowej melancholii („Has This Hit?”, „Will I Come”, „Neptune Estate”), bijące w paru miejscach po nerach niezłymi basami. Minimalistyczne tło uwypukla jeszcze bardziej głos Marshalla, który łączy swoją barwą cierpienie bluesmanów (porównania z Cavem jak najbardziej na miejscu, a kiedy mamrocze w „Bathed In Grey” o krwi i zwłokach, nie ma wątpliwości co do inspiracji…) i nowojorskich bardów; w zasadzie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ogólnie można powiedzieć, że gówniarz ma głos nieprzeciętny, hipnotyzujący i choć nie jest to muzyka oczywista, czy przebojowa (ok., takie znamiona nosi np. „A Lizard State”), w jakimś sensie wciąga i nie pozwala zbyć młodziaka. Cóż, rodzimi adepci poezji śpiewanej mogliby nauczyć się od Archy’ego, w jaki sposób budować napięcie i zawrzeć w muzyce cały ból dupy, jaki mógł zgromadzić się w tak młodym życiu. Nadal nie jestem pewien, gdzie kończy się prawdziwy Marshall a gdzie zaczyna tzw. kreacja, jednak na dzień dzisiejszy mogę mu uwierzyć i posmucić się razem z nim. Wy też.

Arek Lerch

Pięć