KIM NOWAK – Wilk (Universal Music)

Jeśli ktoś nadal uparcie twierdzi, że w XXI wieku granie rocka to anachronizm, jest idiotą albo ignorantem, który nosa nie wyściubia poza stos swoich płyt z lat 70 – tych. Od tamtego okresu przetoczyło się przez świat co najmniej kilka gitarowych rewolucji i choć od 2000 roku nie miał miejsca żaden, znaczący przewrót, ciągle powstają zespoły, które czerpiąc inspirację z klasyki gatunku, tłumaczą taką muzykę na własny język. Bracia Waglewscy, bardziej kojarzeni jako Fisz i Emade z hip – hopowego Tworzywa, razem z gitarzystą z Michałem Sobolewskim zaskoczyli nagrywając dwa lata temu w garażowych warunkach debiutancki album pod szyldem Kim Nowak. Dzisiaj wracają spokojniejsi, bardziej zdystansowani, ale nadal przekonani, że tylko potęga gitarowego brzmienia jest w stanie oddać ich emocje. Całkiem rozsądne podejście.

 

Być może bez znanych nazwisk byłoby chłopakom trudniej dopchać się na sceny, nie zmienia to jednak faktu, że niesamowicie surowe, mało przebojowe i hałaśliwe granie to nadal duże zaskoczenie w kontekście wydawcy „Wilka”. Czy Universal zarobi na tym dealu nie wiem, mogę za to zaświadczyć, że to rasowa, dobrze skonstruowana płyta,  pokazująca, że zespół łypie w bardzo różne zakamarki gitarowego grania. I z bardzo różnych dekad. W stosunku do debiutu oszlifowaniu uległo brzmienie. Tym razem zespół nagrywał w studyjnych warunkach, uzyskując nieco cieplejsze dźwięki, często wycofując gitarowy zgiełk, który ustępuje miejsca niepokojącemu, mrocznemu klimatowi, może nawet swoistej zadumie? Refleksję czuć szczególnie w poetyckich, niedopowiedzianych tekstach. Kim Nowak to zespół poważny, przekazujący emocje za pomocą bardzo standardowego instrumentarium. Choć chłopaki nie ukrywają także swoich dość czytelnych inspiracji. Są tu i lata 60 – te w „Prosto w ogień”, jest ponure smagniecie Black Sabbath w znakomitym riffie, napędzającym „Skrzydła”, ale po drugiej stornie stoją piosenkowe, nieco shoegaze’owe kawałki w stylu „Mokrego Psa” czy „Aniele” i „Okno”. Pojawia się też trochę nieco mniej oczywistych i zaskakujących rozwiązań, w stylu „Nocy”, będącej hołdem złożonym Morphine (tak, jest saksofon…) czy „Wczoraj”, który mógłby wyjść spod palców Josha Homme’a. Klasą samą w sobie jest kawałek tytułowy, bazujący na transowej, zapętlonej aranżacji.

Takie przytłumione, często nieco improwizowane granie dominuje na całej płycie, ujawniając kunszt wykonawczy i dogłębną znajomość rzemiosła. Słychać, że muzycy, oprócz dobrego opanowania instrumentów, przegryźli się przez całą masę gitarowego grania, szukając dla siebie najlepszych rozwiązań, że cofnęli się do czasów, kiedy triumfowała Nirvana, wskrzeszając energię, której tak trudno szukać na wielu współczesnych płytach. I co najważniejsze – uniknęli jakichkolwiek nawiązań do metalu, obchodząc ten gatunek szerokim łukiem; nawet wspomniany, sabbath’owy riff nie jest w tanie zakłócić takiej konkluzji. Przeskakując lata 90 – te zespół dokonał ruchu, który jest niezwykle trudny dla kogoś, kto zna muzykę sprzed dwóch a nawet trzech dekad jedynie z płyt; odwaga  w kreowaniu takiej właśnie aury zasługuje na uznanie. Z drugiej strony muzycy świadomie pozbawiają się możliwości posunięcia swojej muzyki do przodu. Nie jest to jednak kolejny zespół, który chce na siłę reaktywować jakiś przebrzmiały już muzyczny gatunek. Słuchając „Wilka” odniosłem wrażenie, że gdzieś jednak przydała się praktyka wyniesiona z Tworzywa, dzięki której utwory zamiast brzmieć rachitycznie, mają w sobie niesamowitą świeżość i puls, nadający im współczesny blask.

Kim Nowak wyczyścił aranżacje, zastępując nieokrzesaną intensywność większym, niedopowiedzianym dystansem, lepszym klimatem i dojrzałym potraktowaniem instrumentów. To profesjonalny zespół, który mimo rzemieślniczych umiejętności potrafi za pomocą czystego, gitarowego zgiełku przekazać emocje. Ja je kupuję.

 

Arek Lerch