KILLING THE DREAM – Lucky Me (Deathwish Inc.)

Hardcore punk u progu drugiej dekady XXI wieku znajduje się przed nieszczególnie wyraźną i określoną perspektywą. Przeszedłszy okres crust i sludge, wychowawszy na własnym poletku metalcore’owego potwora, by następnie przeżyć wtórną fascynację oldschoolem, d-beatem i indie, scena wydaje na świat kolejne zespoły gnane siłą rozpędu, jednak nie na tyle śmiałe, by wpuścić w nią dostatecznie dużo świeżego powietrza.

Oznak tego, że zaczynają się schody, najlepiej upatrywać w tym, iż uchodzące za  ścisłą awangardę hc/punkowe labele pokroju Epitaph czy Deathwish Inc. znacznie obniżyły w mijającym roku loty. Ta pierwsza coraz częściej rozmienia się na drobne, wypuszczając krążki mocno przereklamowane (vide ostatni album Parkway Drive). Druga wprawdzie może poszczycić się kilkoma znanymi nazwami w swym tegorocznym portfolio (szczególnie Integrity i ich „The Blackest Curse”, 108 z płytą „18.61” czy Starkweather), lecz wszystkie z nich wypadły poniżej oczekiwań. Oprócz nich, spod skrzydeł wytwórni Jacoba Bannona wypłynęło całkiem sporo nagrań debiutanckich i – nazwijmy to  – mniej rozdmuchanych. W tę ostatnią kategorię wpisuje się „Lucky Me”, najnowszy ni to longplay, ni to EPka (czas trwania: 19 minut) Amerykańców z Killing The Dream. Formacja to niezbyt nowa, bo istniejąca od dobrych sześciu lat i mająca w dorobku 2 pełnoprawne albumy i tyleż samo wydawnictw krótszych. Chłopacy zjeździli już kawałek świata, grając nawet w 2008 r. w Polsce, lecz pomimo zaprawienia w boju, nie zapisali się w zbiorowej świadomości jako załoga szczególnie zjawiskowa.

„Lucky Me” ze swymi siedmioma numerami raczej tego statusu poważnie nie zmieni. Sięgając poń, należy spodziewać się sprawdzonych hardcore’owych riffów solidnie naznaczonych melodią, prostych punkowych rytmów i odrobiny metalowego ciężaru. Wszystkie te elementy w najlepszej proporcji odzwierciedla pierwszy w kolejności „Blame the Architects”, w którym praca gitar i perkusyjne załamania dają znać o silnym wpływie Shai Hulud, a następnie ustępują miejsca tematowi smyczkowemu a la Trial. Mniej lub bardziej wyraźnych inspiracji można by tu zresztą mnożyć – gdzieś przyjdzie na myśl Poison the Well, a innym razem Comeback Kid („Walking, Diseased”, „Testimony”). Przyznać trzeba, że to solidne wzorce, a ich zestawienie wypada nad wyraz udanie. Zgodnie jednak z tym, co wspomniałem, prędzej czy później Killing the Dream przyjdzie się zmierzyć  z zadaniem wytyczenia własnej ścieżki pośród coraz bardziej autoplagiatującego się otoczenia. Biorąc pod uwagę, że to już 5 pozycja w spisie dokonań kapeli, śmiem twierdzić, że czas już najwyższy. To w sumie jedyny zarzut, poza tym, że „Lucky Me” trwa tak diabelnie krótko. Reszty, zwłaszcza sposobu podania owego dziełka trudno się uczepić. Zack Ohren, którego od jakiegoś czasu zaliczam do ścisłej czołówki najwszechstronniejszych producentów, po raz kolejny stanął na wysokości zadania – materiał brzmi dość nowocześnie, lecz nie brak mu żywiołowości. Oprawa graficzna, pomimo iż już na pierwszy rzut oka widać w niej rękę Bannona, cieszy oko wyraźnymi refleksami art nouveau. Skoro więc jest i czego posłuchać, i na co popatrzeć, to dodać „Lucky Me” do swej prywatnej kolekcji też żaden wstyd.

Cyprian Łakomy 4