KÊRES – Old Blood For A New Moon (Kuunpalvelus)

Miło jest trafić w tych czasach na coś takiego jak „Old Blood For A New Moon”. Black metal jest dziś co prawda towarem dostępnym na każdej stacji benzynowej, ale już od pierwszych dźwięków „A Winter Fire” czuć, że tym razem nie mamy do czynienia ani z rozkochanymi we własnym odbiciu gwiazdami festiwali, ani z brodatymi amerykańskimi studentami, którzy z pomocą kowerów Burzum próbują opowiadać o swoich życiowych rozterkach, ani z bohaterami pstrykanych wśród gałęzi czarno-białych zdjęć, którzy udają, że Internet nie istnieje. Zapewne najbliżej jest Finom do tej ostatniej grupy, ale w ich przypadku przynależność do głębokiego undergroundu nie jest na szczęście celem samym w sobie i nie wynika z muzycznej impotencji.

O Kêres wiadomo mi niewiele ponad to, że istnieją i mają na koncie jakieś tam demówki, epki i bodajże jeden split. Czyli historia jakich wiele, a i sama muzyka na pewno nie zaskakuje swoją formą. Przyznam, że trochę bawi mnie to, że na scenie fińskiej, która na początku lat 90. mogła pochwalić się tak wyrazistymi kapelami jak Impaled Nazarene, Beherit czy Archgoat, tak wielką popularnością cieszy się w ostatnich latach małpowanie norweskiego black metalu. Szczególnie zabawne jest to w kontekście różnych wojenek słownych, które kiedyś prowadzili ze sobą gwiazdorzy jednej i drugiej sceny. W przypadku Kêres nie będę jednak czynił z tego małpowania zarzutu, bo udaje im się to, czego bezskutecznie próbują setki podobnych im zespołów z całego świata, czyli rozpalenie na nowo w tym starym, diabelskim kominku. Niby to ten sam stary diabeł i ten sam kominek, ale kiedy ostatnio płonął w nim taki ogień?

Tak, macie rację, wszystko to słyszeliśmy już tysiące razy… ale to nic, skoro znów słucha się tego z fascynacją, znów w głowę wbijają się zimne melodie i może gdzieś daleko któryś młokos chwyci zapałki i jakiś ostry przedmiot i wybiegnie nocą z domu, by w ostatniej chwili zmienić zdanie, wrócić i napisać wiersz o zimie i starym wilku. A może zaraz potem stworzy nową listę wrogów black metalu, na którą wpisze wszystkich obrońców drzew, romantyków i rozkochanych w jazzie awangardowców, dla których John Coltrane jest takim samym idolem jak Ildjarn? Jakże łatwo pisałoby się taką listę w czasach, kiedy Darkthrone nie gra już black metalu, kiedy wokalista jednego z najpopularniejszych norweskich zespołów okazał się homoseksualistą, kiedy Burzum nagrywa kołysanki, kiedy Graveland planuje trasę koncertową, kiedy demówki Azhubham Haani robią furorę na eBayu… Gdyby nie istniały fora internetowe, to daję głowę, że taka lista by powstała!

Gdy od zimy wciąż jeszcze dzielą nas długie tygodnie wypełnione bezproduktywną melancholią, to czas ten wcale nie musi być łaskawy dla black metalu. Nie jest to jednak problem dla Kêres, bo i taką szaro-burą porą dźwięki te robią w mózgu to, co do nich należy. Innymi słowy, podoba mi się „Old Blood For A New Moon” bardzo i poprosiłbym o więcej, bo zima podobno ma być sroga, tak jak i Kêres jest srogi. Niech więc nie zmyli was żartobliwy ton tej recenzji i niezbyt blackmetalowa aura za oknem, bo wbrew pozorom tutaj śmiać się nie ma z czego.

Michał Spryszak

Pięć i pół