KAYLETH – Space Muffin (Argonauta)

Włożenie „Space Muffin” do odtwarzacza było niczym odpalenie małej bomby w moim mieszkaniu. Kurde, debiutujący Włosi z Kayleth zaczynają z tak niesamowitą werwą southern rockowego szaleństwa, że ledwie zdążyłem złapać w locie spadające ze stóp bambosze. Nie spodziewałem się tak soczystego przywitania i riffów sunących z wdziękiem wczesnego Monster Magnet, które kwintet postanowił zanurzyć w klimacie rodem z „Vol. 4” boskiego Black Sabbath. Oj, w kwestii narkotycznego wojażu po nie zawsze oczywistych dźwiękach dzieje się tu naprawdę dużo!

Kayleth zaczyna z wysokiego C. Pierwsze na liście „Mountains” dynamicznie otwiera płytę, a w masywnym, sabbathowym zwolnieniu po prostu nie można odmówić sobie rytmicznego machania głową. Do tego te dyskretnie wkomponowane, kosmiczne klawisze i wokal brzmiący właśnie tak, jakby Ozzy chciał przypomnieć sobie sesję do czwartego albumu Black Sabbath. A jak już po chwili zespół zdecyduje się zaatakować ostrym riffem i znakomitymi solówkami stonerowego „Secret Place”, to nie ma siły, żeby człowiek kochający ten gatunek nie uśmiechnął się wymownie pod wąsem. Tak, Kayleth w takiej formie to znakomity prognostyk dla gatunku i debiutant, który może łatwo zagrozić tuzom pokroju Orange Goblin czy Spiritual Beggars. Problem w tym, że „Space Muffin” jest, niestety, nieco nierówne, bo po niesamowitym otwarciu zespół albo nieco przesadza z „kosmosem” (adekwatnie zatytułowane „Spacewalk”), albo po prostu popada w banał kompozycyjny („Born to Suffer”, „Try to Save the Appearances”). Na szczęście, poziom w górę ciągną inne numery – ciężki, pełen przestrzennych klawiszy „Bare Knuckle”, w którym jedna z progresji akordów okraszonych charakterystycznym wokalem kojarzy mi się z pomnikowym „War Pigs”; szybki, wypełniony ostrymi gitarami, opartymi o jeden nośny riff przewodni, i zawodzącymi w tle, wykręconymi klawiszami „Lies of Mind”, w którym wyraźnie słychać mistrzów z Kyuss; oraz wieńczące dzieło „NGC 2244”. Tak psychodelicznego zamknięcia płyty można by się pewnie było spodziewać po nadużywającym Hawkwind, ale nie po Kayleth, które przez blisko 40 miny usiłuje udowodnić, że stoner i southern wyssali z mlekiem matki. Ale to właśnie te „inne” dźwięki i masa progresji w stonowanym zamknięciu znowu powodują lekkie opadnięcie szczęki i skłaniają do ponownego wgryzienia się w kosmicznego muffina. A że Włosi słyną ze znakomitych wypieków, to ten deser jest naprawdę smaczny, nawet przy dość obfitym dawkowaniu.Band K

Na pewno poza sprawnością wykonawczą muzykantów na uznanie zasługuje wokal Enrico Gastaldo, któremu ogólnie może bliżej do Wyndorfa, ale kilka charakterystycznych partii bardzo mocno pachnie manierą wokalną Osbourne’a. Momentami mam wrażenie, że „Space Muffin” to zgrabne połączenie klimatu „Vol. 4” i „No Rest for the Wicked” z gitarową przewrotnością pierwszych nagrań Orange Goblin, Spiritual Beggars, Kyuss i Monster Magnet. Jednym słowem: wszystko to co w nurtach southern i stoner najlepsze. I nawet jeśli płyta jest nieco, jak wspomniałem, nierówna, myślę, że takiego debiutu mogą zazdrościć Włochom o wiele bardziej doświadczone ekipy. No, to wracam do swojej kosmicznej babeczki bez obaw o linię.

Dooban

Cztery i pół