KATIE HURDLES – Soundtrack From Maia’s Pasternak Murder Of The Grasshopper

Debiut Katie Caulfield nie był kasowy – nie oszukujmy się. Nie wiem nawet, na ile był on istotny dla polskiego noise rocka, ilu fanów tego nurtu zwróciło na niego w zeszłym roku uwagę. W roku, w którym do rąk słuchaczy trafiały przecież całkiem niezłe płyty, vide Złota Jesień, Sierść, Melisa czy Jesień (już nie ta złota). Debiut Katie nie odstawał jednak poziomem od wymienionych, ba! – prawdę mówiąc zatrzymałem się przy nim chyba najdłużej. I choć zespół jak na razie milczy, przypomina o sobie Katie Hurdles, osoba, która Caulfield dała nie tylko imię. Przypomina aż dwiema płytami, które z jednej są od siebie bardzo różne, z drugiej łączy je nie tylko jedno nazwisko.    

„Soundtrack From Maia’s Pasternak Murder Of The Grasshopper” ma jedną, bardzo istotną cechę, która sprawia, że dość ciężko jest przebrnąć przez to wydawnictwo. Mówię tutaj o wybitnie chałupniczym brzmieniu, które – choć może i nadaje całości swego rodzaju uroku – ekspediuje tę muzykę gdzieś na granice amatorszczyzny. Pogłosy są straszne. Oprócz tego „Soundtrack…”, który – jak sugeruje tytuł – powstał jako ścieżka dźwiękowa do filmu „Morderstwo pasikonika”, to zbiór całkiem ładnych utworów. Całość jest bardzo minimalistyczna, opiera się przede wszystkim na dźwiękach gitary akustycznej i pojawiających się od czasu do czasu wokalizach. Wydźwięk tego albumu, podobnie jak filmu, do którego został stworzony, jest dość mocno offowy – prawdę mówiąc, nie jestem pewny, czy aż nie za bardzo. Nie jestem przekonany, czy celowe (zapewne, ale mogę się mylić) niedociągnięcia i niechlujność nie wybijają się nieco za bardzo. Pomijając jednak kwestie brzmieniowe i potknięcia aranżacyjne, a także taki a nie inny charakter tej płyty, „Soundtrack…” dobrze funkcjonuje jako samodzielne dzieło i nie mogę odmówić mu dużego ładunku emocjonalnego. Te fragmenty, w których Katie Hurdles nieco zbyt nachalnie szarpie struny, brzmią dość naiwnie i harcersko, ale te utwory, gdy nad akordami unoszą się jęczące wokalizy (niekiedy – jak w „Theatre Scene” – o lekko orientalnym posmaku) lub gdy gitara opowiada smutne historie (np. „He Is Lying In The Bed”), potrafią zaintrygować. Zasadniczo jest to płytka, która mimo, że brzmi bardzo chałupniczo, minimalistycznie i nieco naiwnie, ma specyficzny urok, czaruje dość wyraźną nostalgią i smutkiem. No i co najważniejsze – można jej śmiało słuchać bez połączenia z obrazem, a to należy traktować jako zaletę albumów ze słowem „soundtrack” w tytule.   II

Natomiast „It’s Your First Fresh Breath, Katie Hurdles” może już brzmieć znajomo dla tych, którzy kojarzą Katie Caulfield. To znów te same, niedbałe, ale intrygujące partie wokalne, mocno przesterowana i głośna (zazwyczaj) gitara oraz depresyjno-nostalgiczny klimat, mogący przywodzić na myśl kultową Ewę Braun. Od „Sow-thistles” płytę tę odróżnia jednak większy minimalizm – znów to tylko gitara i głos – oraz więcej melodii. Choć całość wciąż jest na swój sposób osadzona w noise rocku, momentami brzmi jednak delikatniej od debiutu Katie Caulfield. Najwięcej z ducha macierzystej formacji naszego bohatera ma otwierający utwór „Alice G.”, gdzie właściwie tylko brak sekcji rytmicznej odróżnia go od piosenek z „Sow-thistles”. „It’s Your First Fresh Breath…” cechuje z pewnością duża intymność, niemniej – podobnie jak w przypadku pierwszej omawianej dzisiaj płyty – to także album, nad którym unosi się dość wyraźna chałupnicza aura. Zamierzona, okej, te wszystkie niedociągnięcia, niedbałości, nie wspominając już o minimalizmie, są celowe i są stałym elementem stylu Katie Hurdles na wszystkich płaszczyznach jego działalności, jednak brakuje mu rzadkiej umiejętności pisania piosenek, które opierałyby się na tak skromnych środkach wyrazu. „It’s Your Fresh Breath…” nie odmówię swego rodzaju intrygującej atmosfery, ale słuchając jej nie mogę pozbyć się wrażenia, jakbym słuchał grajka brzdąkającego w przejściu podziemnym. Brak sekcji rytmicznej jest wyczuwalny, odbiera tym utworom mocy i charakteru, o które tak bardzo proszą. Z drugiej strony, brzmiałoby to wtedy niemal identycznie jak Katie Caulfield. Czy jednak byłaby to w ogóle wada?KH

Poszukiwania Katie Hurdles jednoznacznie zmierzają w kierunku dźwięków nostalgicznych i smutnych. Obie płyty zawierają mankamenty, które utrudniają ich odbiór, nie pozwalają w pełni skupić się na zawartych na nich emocjach, nawet jeśli na swój sposób określają one charakter tej muzyki. Niestety, znacznie chętniej niż po solowe dokonania Katie Hurdles, wrócę znów do debiutu Katie Caulfield, który cechują niemal te same emocje, jednak podane w sposób nie tyle przystępniejszy, co po prostu lepszy i bardziej dopracowany muzycznie.

Michał Fryga

Trzy