KATATONIA – The Fall of Hearts (Peaceville)

Mija już trzeci miesiąc od premiery kolejnego (kto by tam liczył, którego…) albumu wyjątkowo melancholijnych Szwedów i emocje na jego punkcie opadły. Chociaż… czy one zdążyły unieść się na niebotyczne wysokości? Renske i koledzy już od kilkunastu ładnych lat jawią się jako ostoja wysokiej jakości i określonej klasyfikacji stylistycznej. Prawdopodobnie nie powrócą już ani do death/doomowego ciężaru dwóch pierwszych płyt, ani mistycznego, pociągającego klimatu krążków „Discouraged Ones” i „Tonight’s Decision”. Z jednej strony – szkoda. Z drugiej? Cenię sobie takie podejście typu „my war or highway”. Bo przecież gdyby tak nie było, Jonas znowu zacząłby krzyczeć do mikrofonu, a jego mili kumple siać riffową pożogę na miarę „Brave Murder Day”, nieprawdaż?

Akapit wyżej napisałem, że Katatonia to byt stylistycznie stabilny już od ponad dekady, a „The Fall of Hearts” zdaje się jedynie tę tezę potwierdzać, bowiem ów materiał to granie w dalszym ciągu swe fundamenty opierające na wydanej 13 lat wcześniej „Viva Emptiness”. Aczkolwiek smutni chłopcy nie próżnowali, bo majowa premiera obfituje w pewne nowości. Wprawdzie są to jedynie drobne szczegóły, detale, można by rzec, ale i tak wpływają na całość pozytywnie. Idealnym tego przykładem jest łypiące w stronę fanów Opeth „Takeover”. Katatończycy ewidentnie zainspirowali się swoimi nieco popularniejszymi znajomymi, czego efektem są progresywne wtręty pobrzmiewające w dużej ilości utworów. Najmocniej zaakcentowano to w zamykającym płytę „Passer”, gdzie świdrujące, poetyckie solo rozpoczyna instrumentalny wyścig. Wiecie, coś dla „sweterkowców”: zabawa metrum, mnóstwo złamanych rytmów, pogmatwane struktury i tego typu nieprzyjazne rzeczy. Ale szwedzka ekipa zrobiła to w sposób wyjątkowo stonowany. Niezwykle ciekawi mnie, czy to wyrachowanie, spowodowane kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, zakazujące im ucieczki w rejony mogące okazać się niestrawnymi dla fanów, czy faktyczne zamiłowanie do grania pokomplikowanego, lecz z umiarem. Zastanawiającym jest też nieco nieśmiały powrót do ciężaru brzmienia. Może nie tego z „Dance of December Souls”, ale jednak. Gniotące riffy zagościły już na „Dead End Kings”, aczkolwiek w wyjątkowo skromnych ilościach. Na „The Fall of Hearts” mamy i sunące przed siebie „Serac”, i przebojowe, napędzane zmyślną pracą sekcji rytmicznej „Sanction” (hit nad hity!), ale nie brak tego, za co pokochały ich tzw. „czarne mewy” (takie określenie na gotki). Smutek, płacz i łzy wyciskane niczym mokre ubrania po deszczu to immanentny element muzyki Katatonii, więc dlaczego z niego rezygnować? Reprezentantami depresyjnego nurtu są akustyczne „Pale Flag”, melancholijne „Decima” oraz singlowy „Old Heart Falls”. Ale na krążku dominuje jednak ciężar. Cholera, może z tym powrotem w stare rejony to rzeczywiście nie jest taka odległa myśl, czy też niespełniona zachcianka… Katatonia

No, to tyle. „The Fall of Hearts” nie wnosi rewolucji do stylu Katatonii, raczej konsekwentnie go rozwija, a na solidnej podstawie buduje kolejne elementy wzbogacające specyficzną muzykę skandynawskich muzyków. Ale chyba to w tej płycie jest najlepsze, że opiera się na starych i dobrze znanych rozwiązaniach. Mówi się, że sukces odgrzewanych kotletów polega na tym, iż wiadomo od początku, czego się po nich spodziewać. Wprawdzie ów materiał odgrzewanym kotletem nie jest, aczkolwiek… Wszyscy lubimy dźwięki, które raz już słyszeliśmy, nie?

Łukasz Brzozowski

Pięć i pół