KASABIAN VS BIPOLAR BEARS – różowy kondom

Ktoś może pomyśleć, że wściekły, różowy kolor nie może przesądzać o połączeniu tych dwóch płyt, a wrzucenie „48:13” i „Aina Makua” do jednego – że pozostanę przy erotycznej retoryce – kondoma nie ma sensu. Być może tak jest. Być może róż Kasabian jest bardziej różowy niż ten z okładki Bipolar Bears. Jeśli jednak zestawimy te krążki, okaże się, że łączy je coś więcej – eklektyczny puls, który sprawia, że granice muzycznych światów stają się jedynie umowne. I właśnie te niewiadome są najlepszą przyprawą, nadającą opisywanym płytom mocnych rumieńców. Oczywiście, różowych…

Zaczynamy od mocnego strzału, czyli „48:13” (Sony). Kasabian to dla mnie ucieleśnienie brytyjskiego zespołu, pod każdym względem. Przede wszystkim, mentalnie doskonale wpisująKasabian Okładka się w gburowatą masę britpopowego i rockowego światka. Bucowata arogancja Kasabian jest znana od lat – lubią dowalić to Eltonowi, to znowu doczepią się The Strokes czy The Chemical Brothers. Wiadomo – nie ma to jak porządnie komuś dokopać, szczególnie w świetle reflektorów. Zarozumialstwo sięga zenitu, kiedy na rozdaniu nagród NME Awards w 2007 roku, dzierżąc w łapach statuetkę „The Best Live Act”, rzucają w audytorium tekstem – „najwyższy, kurwa, czas…”. Może podkoloryzowałem, ale taki właśnie jest ten zespół.

Na szczęście – tak mi się przynajmniej zdaje – muzyka podąża tym tropem. Od pierwszych dźwięków słychać tu wyspiarskie myślenie: z jednej strony tęsknie spoglądające w stronę Oasis czy Beatles (nie wmówicie mi, że „S.P.S.” nie śmierdzi manierą Lennona…), to znowu wzdychające za manchesterską, rave’ową rewolucją (w zasadzie połowa rytmicznej warstwy albumu w taką stronę się skłania). Ale jeśli przyjrzymy się sprytnemu i raczej agresywnemu zastosowaniu elektroniki, widać jak na dłoni, że także nowojorski indie znajduje się w kręgu zainteresowań zespołu. Płyta zaczyna się mocnym akcentem w postaci tanecznie pulsujących i chyba najmocniejszych hitów czyli „bumblebeee” i „stevie”, tuż za nimi czai się też pijacki, rozpędzony wściekłym motywem klawisza „doomsday”, po czym robi się… zdecydowanie mniej logicznie. Zespół zaczyna odjeżdżać w psychodeliczne rejony, nadal korzystając ze zdobyczy współczesnej elektroniki, czasami zapuszcza się jednak wstecz, czego przykładem będzie „explodes” z natrętnymi motywami przesterowanych klawiatur, zaś najbardziej kontrowersyjny będzie dyskotekowo-kabaretowy „eez-eh”. Żeby dopełnić wizerunku, zespół sięga też do śpiewnika braci Reid, zapodając shoegaze’owego smutasa „clouds”. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że te pozornie nie pasujące do siebie elementy – być może za sprawą zdecydowanie wyspiarskiego rodowodu – układają się w zgrabną całość. Pozorny chaos i brud, dominujący w tych aranżacjach mocno różni się od ułożonych struktur „Velociraptor!”, pokazując, że Kasabian nadal chce być kontrowersyjny, nadal jest cholernie zarozumiały (jaki inny zespół zdecydowałby się na taką okładkę?!) i nadal ma dużo pomysłów. Może momentami nawet za dużo. Czasami mam wrażenie, że słuchanie „48:13” to głównie próba ogarnięcia niesfornej gromadki piętrzących się pomysłów. Pod koniec płyty łapię się na tym, że wstrzymuję oddech. Wielka Brytania w różowej pigułce.Kasabian Band

Bipolar Bears na „Aina Makua” (Antena Krzyku) przy kolegach z Leicester wypadają pozornie bardziej statecznie. W każdym razie nie słyszałem o żadnych skandalach. Kiedy jednak Bipolar okładkazaczynamy wgłębiać się trzecią płytę zespołu, okazuje się, że mamy do czynienia z podobnym podejściem do muzyki. Czyli – co nas nie zabije, może się przydać. Eklektyzm w pełnej krasie, z tym, że zespół jawi mi się mentalnie zdecydowanie bardziej amerykański. Czyli rozpiętość kontrastów dużo większa.

Zamiast wyspiarskiego rave, mamy zerkanie w stronę drum’n’bass i jungle – już w „The War is Over” zespół odkrywa karty – solidny, mocny rytm tu i ówdzie rozjeżdża jungle’owe rozchwianie. Przy czym wszystko trzyma się kupy, co też jest dość istotne. Dalej mamy już pełną jazdę bez trzymanki – „PS” perwersyjnie łączy industrializujący klimat z drum’n’bass’ową pulsacją. W „Od ucha do brzucha” noise’owo zgrzytające gitary i takoż bulgoczący bas kontrastują z elektro-popowymi zwrotkami, „Saliva” kokietuje klimatem z zakazanego techno party a „Różowe zabawki” przywodzą na myśl nieodżałowanych Starych Singers, przefiltrowanych przez krwiożerczy sampler. Mistrzowsko zaaranżowany jest „ The Diary of Johnnie Gray” – na elektronicznych resorach budowany jest lekko folkowy (no tak, akordeon…) klimat a wszystko w miarę rozwijania się kompozycji zaczyna pięknie gęstnieć i spiętrzać. Zresztą, żonglowanie aranżacjami i układanie postrzępionych i wyrwanych z kontekstu tematów i stylistyk to – podobnie jak w przypadku Kasabian – największe dobro jakim Bipolar Bears dysponują. Oczywiście, tu także momentami robi się wręcz za gorąco, jednak cały czas słychać, że Polacy są bardzo zdyscyplinowani – i to chyba odróżnia ich od Brytyjczyków. Szaleństwo w przypadku „Aina Makua” nie zasadza się we wściekłym rzucaniu na dźwięki a raczej na chirurgicznej precyzji łączenia poszczególnych tematów. Groch z kapustą w wykonaniu Bipolar Bears, nawet jeśli wywoła lawinę niekontrolowanych gazów, smakuje wybornie.Bipolar Band

Jeśli zatem chcemy nauczyć się czegoś o różnicach między polską i wyspiarską mentalnością, możemy zapodać sobie opisane tu płyty naprzemiennie. Wspólna cecha w postaci eklektyzmu nie przykryje tego, że my, Polacy mamy jednak leciutki kompleks, polegający na tym, że wszystko chcemy dopracować do ostatniego detalu. Dlatego propozycja Kasabian, nawet jeśli jest nieco uboższa w detale, których na „Aina…” znajdziemy całą masę, jest bardziej nieobliczalna. I tu kłania się bezczelna arogancja wyspiarzy, którzy nie oglądają się na nikogo, przekonani o swoim wyjątkowym i bezdyskusyjnym talencie. Ciekawe, jak wypadłaby konfrontacja tych zespołów na żywo – ekscytująca przygoda czy raczej wściekłe współzawodnictwo? Można to sobie wyobrazić…

Arek Lerch